26 sie 2013

Phoenix

Gdy uświadamiam sobie, że niedługo miną dwa lata, odkąd nie przesypiam nocy, zaczynam co nieco rozumieć ze stanu, który mnie od czasu do czasu dopada, chwyta za gardło i tarmosi po kątach tak długo, aż zostają ze mnie tylko powiewające na wietrze włókna nerwowe. Na szczęście Pan Bóg stawia na mojej drodze wielu dobrych ludzi. Tym razem postawił A., która będąc świadkiem mojego piątkowego załamania nerwowego po prostu zabrała mnie wraz z córkami do lasu, na działkę, gdzie spędziłyśmy z jej rodziną cudowne dwa dni w ciszy i zieleni. Słońce świeciło, igliwie pachniało, kury gdakały, skrzypiały huśtawki, na których moje dziewczyny huśtały się zapamiętale i z radością, dzieci kwiczały i skakały, mama A. zaserwowała najpyszniejsze na świecie knedle ze śliwkami, a dziadek A. obdarował nas pomidorami, jajkami i gruszkami z własnego gospodarstwa. A ja po prostu byłam i cieszyłam się tym wszystkim, i obecnością A., która jest jedną z bliższych i ważniejszych w moim życiu osób. I tym zaproszeniem uratowała mnie od popadnięcia w czarną otchłań rozpaczy (pozwolę sobie pożyczyć to sformułowanie od Ani Shirley).

Tak więc po weekendzie powstaję z popiołów jak feniks. A tu oto, obok rześkiego, poniedziałkowego poranka, obok zapachu zbliżającej się jesieni i poczucia, że życie jest piękne samo w sobie, nawet, gdy się mało śpi - kolejna niespodzianka! Czekałam na nią niecierpliwie i w końcu jest:

22 sie 2013

Quantus tremor est futurus...

Dies Irae już blisko, napisała do mię Broszki, i prawdą to jest, blisko on. Gdyż albowiem  - wrzesień. Wrzesień w tym roku będzie wrześniem edukacyjno-placówkowym dla obu naszych córek - a to dlatego, że zupełnie niespodziewanie dla nas Giganna dostała się do żłobka (Dziobalinda nie dostała się mimo prawie 2 lat naszego intensywnego figurowania na liście oczekujących, co ostatecznie skończyło się pójściem do prywatnego klubiku malucha i pozbyciem się wszystkich oszczędności na zaspokojenie żądań finansowych tegoż).

Nie tak to wszystko planowałam, nie. Giganna w mych oczach zbyt mała jest przecież. Rok dopiero co w czerwcu skończyła. Powinna być w domu ze mną, a nie z kimś obcym, gdzieś w obcym miejscu, o 2 stacje metra od domu! Na samą myśl serce moje matczyne drży ze strachu. Tym bardziej, że im mocniej Magdalena Środa zachwala żłobki jako jedyne korzystne dla dzieci środowisko rozwoju, tym głośniej z przeciwległego bieguna światopoglądowego płyną głosy o straszliwych traumach żłobkowych, powodujących zaburzenia osobowości, a wręcz ryzyko przedwczesnego zgonu. Nawet, gdybym była bardzo zrównoważona psychicznie, to bym się tym wszystkim przejęła, a przecież nie jestem. Jestem, jako mawiał mój tata, łatwo wzruszająca się.

Tymczasem jednak moja praca w domu coraz częściej polega na tym, że Giganna siedzi mi na plecach i próbuje radosnymi rączkami wcisnąć „delete” na dokumencie, który tworzę od godziny, albo wysłać do mojej szefowej maila o ważkiej treści: bbfbfffftttotoo555. Wówczas to popadam we frustrację i próbuję Gigannę zająć czymś innym, co z kolei powoduje napad frustracji u niej. Giganna obraża się na mnie i wrzeszczy, aby mi ogrom swoich urażonych uczuć uświadomić. Mój ogrom uczuć kumuluje się zaś w pełne napięcia oczekiwanie na dzień pracy w biurze, ergo w ciszy, spokoju i bez rozsypanych wszędzie wokoło klocków duplo.

Wszystko to sprawia, że wzruszam się perspektywą żłobka nieco mniej, niż mogłabym w innych okolicznościach. Jeszcze tylko nie wiem, jak to zrobię, żeby rozwieźć rano zbior-komem dwoje dzieci do dwóch różnych placówek i zdążyć potem do pracy. Jeszcze się martwię, że kiedy obydwoje będziemy pracować poza domem, to dzieci będą musiały być w tych placówkach aż do 17:00 - 17:30, czyli ponad 2 godziny dłużej niż wszystkie inne dzieci na dzielni (swoją drogą, jak to robią ci wszyscy pracujący rodzice, że po 15:00 przedszkole Dziobalindy świeci już pustkami? skoro ja muszę na głowie stawać, żeby do 17:00 zdążyć wrócić z firmy, a firmę mam naprawdę elastyczną i przyjazną człowiekowi - jak zatem robią to wszyscy inni? hm?). Jeszcze się boję, jak Giganna poradzi sobie ze żłobkiem, a tym bardziej - jak żłobek poradzi sobie z Giganną?

No ale. Przestałam się już dręczyć myślą, że powinnam swojej rodzinie zapewnić życie w Nibylandii, w której wszystko jest najlepszej jakości i w dodatku zupełnie za darmo. Jest co jest, będzie co będzie. I jakoś sobie z tym wszystkim damy radę, taki mam plan. A kto może, niech kciuki potrzyma albo westchnie w naszej intencji czasem, ślicznie proszę.

19 sie 2013

Gniew

Znowu myśli kłębią się w głowie za szybko, a rzeczywistość napiera zbyt mocno. Chaos we mnie i chaos wokół mnie.  Czuję się zmęczona, przede wszystkim bardzo zmęczona. Ale spoza tego zmęczenia przebija się coś jeszcze. Uczucie, które tak trudno jest mi w sobie zaakceptować. W sobie, ale też w innych. To uczucie to GNIEW.

Mam w sobie dużo gniewu. Przykrywam go serwetkami, obrusami, przygniatam szafkami o rzeźbionych nóżkach. Stawiam na nim niezliczone wazony z kwiatkami, figurki z porcelany, górskie pejzaże w szklanych ramkach. Niż z tego. Im dłużej staram się go ukryć, tym bardziej cała konstrukcja dygocze i chwieje się w podstawach. Coraz częściej zawala się hukiem. W drzazgi lecą szafeczki, w pył porcelanowe figurki. Staję wtedy nad całą tą potrzaskaną nadbudową i lamentuję. Bo mi się zdaje, że oto coś obcego, paskudnego, co nie jest mną, zepsuło mi znowu mozolnie budowaną konstrukcję pod roboczym tytułem Synafia.

Tymczasem nie. Tymczasem jednak inaczej.

Kiedy byłam małą dziewczynką, miałam powtarzające się przeżycie - nie był to sen. Kładłam się wieczorem do łóżka i próbowałam sobie coś wyobrażać przed zaśnięciem. Cokolwiek to było, zawsze powierzchnia pod tym pękała na pół i wciągała rzeczywistość w przepaść. Nie umiałam tego powstrzymać. W myślach podstawiałam więc pod to pęknięcie szafę, ale szafa się przewracała - podstawiałam więc pod nią kolejną szafę, a pod tą kolejną - jeszcze następną. Stawiałam tak szafy w nieskończoność, ale wszystko rozsypywało się, przewracało, obraz pękał mi na pół i załamywał się. A ja nie umiałam temu przeciwdziałać, choć działo się to tylko w mojej głowie.

I tak jest właśnie z moim gniewem. Co jakiś czas rozsadza to, co ja sama uważam za moje „Ja”, robi w nim szczelinę, ujawnia ciemną dziurę w środku. Stawianie szaf nie pomaga. Może więc nadszedł  czas pozwolić tej szczelinie zostać. I zajrzeć w nią. Sprawdzić, co jest w środku. Być może wcale nie muszę się tego bać. Cokolwiek tam zobaczę - będzie przecież częścią mnie.

Nie mniej i nie bardziej „mną”, niż wszystkie te porcelanowe figurki i haftowane serwetki.


7 sie 2013

Wakacje - odsłona trzecia, czyli Chłapowo

A nad morzem byliśmy w Chłapowie. Które to Chłapowo ugościło nas tak dobrze, że chciałabym się mu odwdzięczyć kilkoma słowami pochwały.

Co mnie ujęło w tej miejscowości, to względny spokój, który panuje w niej nawet w środku sezonu - oczywiście w porównaniu do typowych wakacyjnych kurortów takich jak pobliskie Wałdysławowo. Plaża w Chłapowie jest zdecydowanie mniej oblegana niż we Władysławowie i moim zdaniem bardziej urokliwa, jako że znajduje się pod urwistym, zalesionym klifem. Zejść z klifu na plażę można po schodach, które pokazywałam na jednym ze zdjęć - tą trasą wchodziliśmy i schodziliśmy przez cały nasz nadmorski pobyt, po to, aby na 3 h przed wyjazdem odkryć jeszcze drugie, całkowicie płaskie zejście przez wąwóz - nie dość, że płaskie, to jeszcze bardzo urokliwe. Trasa przez wąwóz wiedzie m.in. przez tunel, którego zdjęcie również umieściłam w fotorelacji. No i także, co dla mnie akurat ważne, trasa ta omija chłapowski deptak, na którym to Dziobalinda osaczona przez lody, gofry, zabawki, kulki i automaty do gry regularnie traciła nad sobą panowanie. Zejście przez wąwóz bardzo gorąco polecam.

Co jeszcze gorąco polecam w Chłapowie, to obiady „Jak u mamy” w Villa Magnolia. Można tam codziennie zjeść dwudaniowy obiad, podany z kompotem i skromnym deserem, za jedyne 17 zł - porcje są tak duże, że zamawialiśmy dwie i najadaliśmy się we czwórkę. Co ciekawe, codziennie serwowany jest tylko jeden zestaw, nie ma menu, co moim zdaniem jest fantastycznym pomysłem - usprawnia bardzo funkcjonowanie kuchni i zdejmuje z gości ciężar myślenia nad wyborem. A jedzenie jest naprawdę dobre codziennie. Giganna pochłaniała je z apetytem, czasem po dwie porcje, a Dziobalinda, która z zasady nie lubi jeść, również doceniła smak sporej części potraw.

W Villa Magnolia można też zarezerwować pokój, my jednak zatrzymaliśmy się u pani Ireny, która prowadzi pensjonat Beti. Pani Irena przyjęła nas miło i ciepło w trzyosobowym pokoju z łazienką (wiadomo - Giganna i tak śpi z nami). Do dyspozycji mieliśmy też kuchnię, ogólnodostępny pokój wypoczynkowy z zabawkami dla dzieci oraz znajdujące się za domem podwórko z placem zabaw, trampoliną, siatką do siatkówki i koszem do koszykówki. Przy okazji koszykówki naszła mnie niespodziewana refleksja zresztą, ale o tym w kolejnej notce.

Muszę jednak wspomnieć o jednej rzeczy, która w mnie w Chłapowie przeraziła do szpiku kości. Otóż w jednym z lokalnych przybytków gastronomicznych (nie wiem niestety, jak się ów nazywa, bo nie widziałam żadnego szyldu - to taka drewniana konstrukcja przy ul.Zielonej, vis a vis Villa Magnolia) zamówiliśmy pizzę tak niewyobrażalnie niedobrą, że nie jestem w stanie tego opisać słowami. Ale i tak spróbuję. Po pierwsze - spód pizzy nie był zdolny nawiązać długotrwałej relacji ze swoim pokryciem - zwyczajnie spływało ono przy każdej próbie podniesienia kawałka pizzy do ust.  Nie powinno to jednak dziwić, pokrycie bowiem było patologicznie wręcz niesmaczne - myślę, że spód zwyczajnie chciał je z siebie zrzucić. Jest to najprawdopodobniej cecha każdej serwowanej tam pizzy, ponieważ zamówiliśmy aż trzy i każda jedna była gorsza od poprzedniej. Jadłam w życiu wiele rodzajów pizzy, mniej lub bardzie smacznych. Sama robię mniej lub bardziej smaczną pizzę. Ale tego dantejskiego zjawiska nie jestem w stanie sobie wytłumaczyć. Może tylko tym, że to jakaś konkurencja płaci kucharzowi za to, żeby robiąc tak bardzo złą pizzę wykończył lokal?

W każdym razie Chłapowo zrobiło nam bardzo dobrze, tak dobrze, że mogę je polecić każdemu, kto nad morze jedzie po to, żeby po prostu być nad morzem - i tylko tyle. Dla mnie takie właśnie po prostu bycie jest kwintesencją wakacyjnego odpoczynku.

2 sie 2013

Złote usta Dziobalindy

O wakacjach jeszcze będzie, tymczasem nie mogę sobie darować podzielenia się błyskotliwym intelektem naszej starszej córki.

Gdyż albowiem.

Rozmawiamy sobie ostatnio z Małżonkiem o kwestiach żywieniowych i o tym, że Dziobalinda jest dziewczęciem wyjątkowo szczupłym. Sama Dziobalinda bawi się gdzieś w obszarze naszego niewielkiego mieszkania, pozornie niezainteresowana tematem rozmowy.

-No wiesz -mówię do Małżonka - ja podobno byłam właśnie dzieckiem jak na swój wiek wysokim i szczupłym. Czego teraz już tak nie widać.

- Bo teraz jesteś niska i gruba! - rozlega się w tle głos Dziobalindy.

Kurtyna!


____

PS. Jeśli ktoś jest ciekaw mojej reakcji - zaprzeczyłam. Powiedziałam mej córce, że niska nie jestem w żadnym wypadku (no nie jestem), a w kwestii wagi mieszczę się w statystycznej normie (chwilowo zapewne górnej, hłe hłe). Myślę, że teksty typu "Ach, jaka ja jestem gruba!" to nie są teksty, których powinna wysłuchiwać mała dziewczynka w okresie kształtowania się poczucia własnej wartości i poglądów na kobiecość.

Co nie znaczy, że się nie mam zamiaru odchudzić nieco, sure I do! ;)