26 lut 2015

O tym, jak Cezar zdobywał Brytanię


              Cezar od dawna szykował się do zdobycia Brytanii.  Prawdę mówiąc, już od ponad roku stał  na wybrzeżu galijskim i piłował paznokcie, czyścił zbroję i rzucał szyszkami w końskie zadki. Wiedział, że Britanniam delendam esse. Nie spieszył się jednak. Był w końcu Cezarem. Stać go było na to, żeby się nie spieszyć.

                  Aż niespodziewanie, w zeszły wtorek, podjął decyzję, że natarcie nastąpi już. Teraz. Dał sobie na zdobycie Brytanii cały dzień. Od świtu do zmierzchu! Powinno wystarczyć, uznał.

                Cezar był nie tylko świetnym strategiem, ale też zdolnym ekonomem. Uznał, że nie ma sensu na zdobycie wyspy zużywać całej armii. Wybrał więc swych najzdolniejszych legionistów. Siedmiu. To w sumie i tak za dużo, pomyślał Cezar. Był jednak wodzem hojnym i wielkodusznym. Miał gest!

                Wyposażył ich stosownie do misji - w kij do mopa, wiaderko i kozę. I wydał rozkaz:
- Proszę przerzucić się na wyspę i podbić ją asap! FYI - dojazdu nie funduję. Proszę sobie przepłynąć, przeskoczyć albo przefrunąć. Byle szybko.

                I tak się stało, że dnia następnego oddział Cezara, pod kryptonimem bojowym GTFOOH 7, przefrunął, przepłynął i przeskoczył na wybrzeże Brytanii. Razem z kozą i resztą ekwipunku. Legioniści wyruszyli pędem w głąb wyspy. Nie mieli dużo czasu. Wiedzieli, że misja jest ważna i że nie mogą zawieść swego wodza.

               Gdy napotkali pierwszą brytyjską wioskę, uderzyli na nią z pełnym impetem! No, może nie z takim pełnym. I niekoniecznie z impetem. Z kijem od mopa bardziej. I wiadrem.

              Zastanowiło ich to, ale nie zmniejszyło zapału do walki. Postanowili, niczym mityczny Odys, zadziałać sprytem. Tak więc jeden z legionistów wsiadł na kozę, chwycił kij od mopa, a wiadro zarzucił na głowę, niczym szyszak. Reszta oddziału przywiązała się do brzucha kozy (Odys, proszę państwa, znowu Odys!) i w takim kamuflażu wjechali do wioski wroga.

               Mieszkańcy wioski z początku bardzo byli nieufni. Gdy jednak legionista wyjaśnił, że nazywa się Sancho Pansa i pragnie jedynie fachowej lekarskiej pomocy dla swego rumaka, któremu dziwna torbiel jęła zwieszać się z brzucha ostatnimi czasy - otworzyli swe gościnne podwoje. Zaczęli częstować herbatą, rybą i frytkami oraz uprawiać towarzyski small talk. W trakcie rozmowy reszta oddziału wyszła niespodziewanie spod koziego brzucha i zaczęła głośno a przerażająco krzyczeć. Wykrzykiwali hasła groźne i budzące trwogę, takie jak: Chwała Cezarowi! Zwycięstwo! Dedlajn! Budżet! Limit! Poddajcie się! ASAP! Na wczoraj!

              Przerażeni mieszkańcy, pierwszy raz spotykając się z takim wybuchem furii i desperacji, porzucili swe domostwa i uciekli. Na środku wioski dzielni wojacy Cezara zatknęli sztandar z napisem SPQR oraz znak legionowy z głową konia. Po czym, strudzeni, ale z poczuciem wykonanej misji, dali znać Cezarowi (gołębiem pocztowym), że wioska została zdobyta.

             Gdy następnego dnia Cezar przybił do wybrzeży Brytanii i wszedł triumfalnie do wioski, czas jakby zatrzymał się w miejscu. Legioniści czekali w napięciu. Wiedzieli, że nie zdobyli całej wyspy, a tylko wioskę. Byli jednak dumni, że udało im się zdobyć cokolwiek przy pomocy wiadra i kozy.

             Tymczasem jednak Cezar wybuchnął straszliwym gniewem:
Nicponie! - zagrzmiał - Hultaje! Dupy wołowe i trutnie! Co mi tu pokazujecie? Co to ma być, na Jowisza? Dałem wam pełne wyposażenie! Dałem wam instrukcje! A wy zamiast podbić całą wyspę, zdobyliście tylko jedną marną wioskę? Za co ja wam płacę, do jasnego lumbago?!

            Na nic się zdały kajania i tłumaczenia. Na nic się zdały żałosne pobekiwania kozy. Cezar nie był szczęśliwy. Nie tego się spodziewał. Nie było to zwycięstwo godne Jego Majestatu.

            Na szczęście dla legionistów, Cezar naprawdę był wodzem wspaniałomyślnym. Gdy gniew jego opadł, uścisnął swym żołnierzom prawice i rzekł łagodnie:
- No dobrze, wałkonie. Wybaczam Wam, że mnie tak srodze zawiedliście. A teraz macie tu saperkę, trzy żołędzie i folię aluminiową, i proszę mi tę wioskę przerobić na Londyn. ASAP.

10 lut 2015

O tym, czego nie nauczył mnie Bear Grylls, bo umiem sama!

Po firmowym pogromie trzymam się biurka rękami, nogami i zębami, zastanawiając się w międzyczasie, gdzie ja w razie czego pójdę, sierota, i kto mię z mym sieroctwem w swe podwoje przyjmie. Żeby mnie przyjął ktoś, to ja się mu muszę odpowiednio zareklamować, nieprawdaż. Czym, pytam siebie sama w nagłym ataku paniki, czym? Przecież ja jestem - ach, co za straszne słowo uleci zza zagrody mych zębów - humanistką. A czy humaniści wrócili już do łask na rynku pracy? Nie wiem!

Ale spokojnie, myślę sobie, spokojnie. Mam ci ja wykształcenie klasyczne, mam liczne talenta i zalety osoby zarabiającej zawodowo piórem i głową od lat ponad dziesięciu, ale mam też, na Jowisza, dużo umiejętności praktycznych, których sam Bear Grylls mógłby mi zazdrościć, gdyby spróbował się ze mną zmierzyć. Bo on tam sobie może i radzi w lesie, jedząc robaki i budując szałasy przy pomocy wykałaczki i trzech włosów z łydki, ale czy on był kiedyś SAM-z-DWOJKĄ DZIECI-w-LIDLU?

Bo na przykład ja byłam. Wczoraj.

Mąż ma teraz nowy sezon zdjęciowy i z góry uprzedził, że zawita do domu najwcześniej  po północy. A tymczasem w domu do jedzenia - głównie kurz. Tak więc, odebrawszy córki z przybytków edukacyjno-wychowawczych, pobrałam Gigannę w wózku, Dziobalnidę wraz z jej szkolnym plecakiem oraz porządną torbę z Ikei - i wyszyłam do Lidla. Na piechotę ruszyłam, gdyż - jak wiadomo - nie jesteśmy zmotoryzowani.

W Lidlu naszym, nie wiem jak w innych, nie ma nadal koszyków „doręcznych”. Zapakowałam więc Gigannę do wózka sklepowego i przymierzyłam się do upchnięcia mego dziecięcego wózka gdzieś obok Giganny. Ale nie. Nie jest to zadanie wykonalne.  Jestem jednakże zorientowania na cel i wykonywanie zadań, tak więc nie uznałam możliwości porażki. Wparowałam do sklepu z oboma wózkami, po czym ten dziecięcy zaparkowałam gdzieś cichcem między doniczkami a bułkami - i ruszyłam na obchód.

Ponieważ umiem delegować zadania, przekazałam część listy zakupowej Dziobalindzie, która sprawnie i szybko wykonała misję - w 15 minut zapełniłyśmy wózek tak, że zaczęłam poważnie obawiać się o swój kręgosłup w drodze powrotnej. Następnie ustawiłyśmy się w kolejce, przy czym ja zabrałam się do regulowania należności, a Dziobalindę wysłałam z kolejną misją - odnalezienia naszego wózka i przyprowadzenia do kasy. I znów Dziobalinda poradziła sobie bez problemu, po drodze zatrzymując się tylko 38 razy, żeby oglądać dobra konsumpcyjne, kuszące z półeczek i palet.

Po zapłaceniu i przemyceniu naszego wózka przez kasę - z siłom i godnościom osobistom, gdyż umiem na sobą zapanować w sytuacjach stresowych i pod presją czasu - zabrałyśmy się do pakowania. W tym momencie zaczęłam się zastanawiać, po co mi tyle mleka kokosowego i czy potrzebna mi była na pewno ciecierzyca, ale było już za późno. Towar o łącznej wadze milijon ton został zapakowany do torby z Ikei, płóciennej torby na zakupy oraz interwencyjnej reklamówki. A następnie załadowany częściowo na wózek, w którym już usadowiła się Giganna, częściowo zaś na moje plecy.

A potem wracałyśmy. Na piechotę. W ciemnościach i zimnościach. Deszczyk jakiś paskudny pokrył mi mgłą okular, szłam więc na pamięć, bo nie widziałam zbyt wiele. Wracałyśmy i wracałyśmy. A potem wracałyśmy jeszcze dłużej. Jestem jednakże wytrwała, cierpliwa, a nadto honorowa,  i zrezygnowałam z pomysłu wzywania do nas TOPRu tudzież straży pożarnej.

A gdy już dotarłyśmy do celu, to okazało się, że nijak tym taborem nie wjadę do klatki - zatrzymałam się w połowie podjazdu dla wózków i zaczęłam dramatycznie się zeń zsuwać. Ale i tym razem zachowałam zimną krew i umysł trzeźwy. Wzięłam dwa wdechy. Wczepiłam się jedną ręką w ścianę, a drugą sprowadziłam na dół wózek z Giganną i zakupami oraz samą siebie.

Potem nastąpił już tylko etap wnoszenia towarów do klatki (w czterech fazach - 1. Giganna 2. zakupy I 3. zakupy II 4. wózek). I już byłyśmy w domu. Całe, zdrowe i - co najlepsze - niepokłócone! A nawet w dobrych humorach. Za co nam wszystkim trzem przybiłam piątki i zrobiłam kakao. Na mleku owsianym.

Jeśli Bear Grylls chce mię przebić, to ja nie wiem, czym mógłby to zrobić.

A jeśli ktoś chce mnie podkupić za dobrą pensję i przyzwoite godziny pracy, to moje kluczowe kompetencje są takie:
  • odwaga
  • wytrzymałość
  • wytrwałość
  • przebiegłość
  • spryt
  • i oczywiście - siła i godność osobista
  • i udźwig do milijona ton!

4 lut 2015

O zmianach


Myślę, że jestem typem osadnika. Lubię się przywiązywać - do ludzi, do miejsc, do rytuałów. Dlatego zmiany nie są moją ulubioną rozrywką. Owszem, wiem, że są potrzebne. Że najczęściej wychodzą na dobre. A jednak - ciężko je znoszę.

Teraz zaś znoszę zmianę wyjątkowo źle. Bo też zmiana jest gwałtowna i niespodziewana, i bardzo, bardzo bolesna. Mój dział, dział najkoleżeńszych milusi z pracy na świecie, został zredukowany do połowy. Odeszły moje ukochane A. i G., odeszła E., która była naszym beniaminkiem. I chociaż wiem, że świetnie sobie poradzą, i wiem, że będziemy się nadal widywać poza pracą - to jednak poczucie pustki jest dojmujące. Jakby jakaś część naszego wspólnego organizmu została amputowana bez znieczulenia.

Co do mnie samej - nie wiem. Nie wiem, co będzie dalej. Być może czekają mnie kolejne zmiany. Cóż.

Psiakrew, cholera jasna (jak mawiał Alcest), jakoś sobie przecież poradzę. Tak myślę. Mam nadzieję przynajmniej. No.