23 wrz 2012

Gi!



Gi! Jest to ostrzegawcze zawołanie Topika. Gi! – zaczynam się wkurzać! Gi! – robię się zmęczona! Gi! – burczy mi w brzuchu! Zignorowane Gi! zamienia się dość szybko w komendy wojskowe wywrzaskiwane z taką werwą, że zadumałby się nad nią zapewne mój tata, zupełnie niepoprawny podpułkownik z kieszeniami pełnymi confetti. A kto wie, może gdzieś tam patrzy i duma właśnie, jeśli się z Panem Bogiem oko w oko pogodzili.  

Ze względu na Gi! nazywamy teraz Topika Panną Gi, Gigułką, Gigawką, Gigusią. Największą kreatywnością wykazała się wszakże Dziobalinda, nazywając Topika Panną Giganną. Tak mnie tym zachwyciła, że poważnie rozważam zmienić Topikowi pseudonim artystyczny na Gigannę.  

Gi! to zresztą najsubtelniejszy sposób przejawiania frustracji w naszym domu. W tym względzie Topik/Giganna jest z nas wszystkich najelegantsza. Dziobalinda bowiem pluje, tupie, wywala język, rzuca się na podłogę i wrzeszczy w niebogłosy. Ja zaś roluję oczy, parskam, zgrzytam zębami, wbijam sobie paznokcie w dłoń, puszczam nosem smoliste opary oraz wysyłam sygnały ostrzegawcze. Wyrzekłam nawet ostatnio do Dziobalindy, że jestem tak wściekła, iż zaraz dym mi pójdzie uszami – empatyczna moja córka zakryła mi więc rękami uszy po to, aby powstrzymać zbliżającą się niechybnie katastrofę. Ale takie rzeczy to tylko od święta. Najczęściej bowiem Dziobalinda tupie i wrzeszczy, ja parskam i zgrzytam, czasem także wrzeszczę, Małżonek zaś złorzeczy.

Chciałabym się bardzo widzieć zrównoważoną i panującą nad emocjami osobą, którą  niestety nie jestem.  Poszukuję sposobu – medytacja? kickboxing? wdychanie prany? Tymczasem jednak nieustannie „czuję w czaszeczce moje częste palpitacje mózgu” i  „wychodzę wobec innych ze złoconych ram mego dobrego wychowania”.
Gi!  

18 wrz 2012

Dwie babeczki

Nie wiem z jakiego powodu jestem ostatnio w niełasce WBW (Wielkiego Boga Wypieków). Najpierw moje przednie zazwyczaj bułeczki drożdżowe okazały się być złożone w całości z zakalca, następnie sknociłam ciasto do pizzy. Popadłam w rozpacz, smarkając mężowi w rękaw, że ostatnio nie udaje mi się nic upiec.

A on na to: Najważniejsze, że udały ci się dwie babeczki!

To prawda, udały się.

16 wrz 2012

Wahania energetyczne

Poznałam fantastycznych ludzi. Rodziców Dziobalindowej koleżanki z przedszkola. Ludzi sympatycznych, pogodnych, otwartych, przyjaznych. Niezadających wścibskich pytań, niekomentujących, niewylewających na otaczającą rzeczywistość rzeki frustracji. Rodziców dwóch przefajnych córek. Właścicieli dużego, rozkosznego psa. I w dodatku grających w karty!

Spędziłam popołudnie w ich wielkim, jasnym i przestronnym mieszkaniu i syciłam się krążąca po nim pozytywną energią. Gdy wraz z dziewczynkami ruszyłyśmy w drogę do domu (czyli do bloku na przeciwko), czułam się odprężona i spokojna. Lecz gdy tylko przekroczyłam progi naszego malutkiego mieszkania, dopadł mnie czarny, zły i obrzydliwy (jak dupa z pokrzywy) demon. W mgnieniu oka porównałam swoje mieszkanie do ich mieszkania, swoje nawyki do ich nawyków, swoją karierę do ich karier, swoją figurę do ich figur. Już prawie porównywałam naszego kota do ich psa, gdy poczułam się w jedyny możliwy w takiej sytuacji sposób - jak beznadziejny wołowy zad.

W zadzim nastroju błąkałam się po domu przez cały wieczór i cały następny poranek. Męczyłam się i dręczyłam, biczowałam za swą życiową niezaradność, brak silnej woli, tłumiony gniew i kompleksy, za brak cierpliwości i namiętność do obżerania się w nocy makaronem. Za wszystko. A najbardziej za to, że zamiast się cieszyć, że poznałam fajnych ludzi, pogrążam się w mdlącym koktajlu zazdrości i pretensji do samej siebie.

Aż w końcu naszło mnie na Grubsona. I tak trzech Grubsonów, jednego Łonę jedną Luxtorpedę i jednego Malejonka później, zmęczona tańczeniem z Dziobalindą w naszym wielofunkcyjnym ( 4 w 1) salonie, poczułam znowu radość. Zaparzyłam herbatę w mym pokoju nad światem. Nic nie straciłam. 


12 wrz 2012

Podziekowanie poranne


Obudziłam się rano. Topik już nie spała – spojrzała mi w oczy i zachrumczała, gotowa na kolejne karmienie. W nogach łóżka spała na wznak Dziobalinda, która wiedziona instynktem stadnym także ląduje u nas w środku nocy, tuż za wiedzioną głodem Topikiem. Małżonek chrapał donośnie, odporny na wszelkie odgłosy poranka. Godzina 06:50. Na 08:00 czas do przedszkola. Trzeba wstać i rozpocząć ten dzień.

Wśród porannej krzątaniny – umyć się i ubrać, nakarmić Topika, przewinąć Topika, ubrać Topika, przygotować Dziobalindzie mycie zębów, śniadanie, ubranie, zakleić plasterkiem bąbelek na rączce, połaskotać w stópki Topika, wycałować w szyjkę Dziobalindę, opowiedzieć historię o dziewczynce, co z nudów prawie zamieniła się w owcę – no więc wśród tej porannej krzątaniny stanęłam na chwilę z kubkiem kawy przy oknie kuchennym. Z wysokości 10 piętra zobaczyłam niebieskie niebo i poranne słońce, i ścianę lasu, co jeszcze zielona, pod powierzchnią już szykuje w sobie żółtą jesień. Za moimi plecami moje małe córki zajmowały się sobą. W pokoju obok wybudzał się niespiesznie Małżonek. Poczułam nagle z zadowoleniem, że wszyscy czworo mamy, jak to w jednej książeczce stało, oczy do patrzenia, uszy do słyszenia, nogi do biegania i ręce do bawienia się i obejmowania. I jeszcze kota. Grubego mizantropa, który z rzadka pozwoli się pogłaskać, ale łaskawie daje się nam karmić i czesać.  I że jest jesień, którą tak lubię od zawsze. I że jesteśmy razem. I że to wszystko wcale nie jest przecież takie oczywiste. I w tej chwili podziękowałam Bogu za to wszystko, bo dotarło do mnie, że to ogromny dar, który mi w codziennej bieganinie zbyt często umyka.

Zdecydowanie muszę dziękować częściej.

____
A potem jeszcze pan na poczcie ustąpił mi i zachustowanej Topikowi miejsce w kolejce do okienka. To już nie są codzienne proste radości. To prawdziwy cud! 

11 wrz 2012

Wózkowo, wózkowy, istoto przeklęta...

... obym ja cię zrzucił z dziesiątego piętra!

Wózki są na cenzurowanym. Wózki dziecięce. Wózki inwalidzkie. Zbrodnicze wózki sklepowe*.

Wózki są bowiem znakiem informującym o poważnym upośledzeniu społecznym. Upośledzeniu, które wybaczyć można tylko wtedy, gdy się ono starannie ukrywa. Nie pcha porządnym, normalnym ludziom przed oczy i na trawnik. Nie powoduje bólu głowy i zaburzeń motorycznych. Nie pytluje o niczym i nie udaje, że jest czymś normalnym. Zna swoje miejsce w szeregu.

Przede wszystkim zaś upośledzenie wózkowe nie gwarantuje żadnych niesłusznych przywilejów - zwłaszcza takich jak szacunek i kultura osobista w dyskusji, która się z wózkowymi - lub raczej o wózkowych - odbywa. Wózkowe i wózkowi to jak wiadomo istoty nierozwijające się, uprawiające lenistwo umysłowe i grające w szachy dla debili. Kuriozalnym wydaje się pomysłem, by o takim nieistniejącym społecznie pomiocie rozmawiać poważnie. Wystarczy wychrząkać w eter parę krwistych spostrzeżeń bez panierki. Raw thouhgts. Tylko debile przecież nie będą w stanie zrozumieć. A ci normalni, niewózkowi, wiedzą, że to nie o nich, nie do nich - powinni się zatem poczuć zaszczyceni, miast udawać, że nie rozumieją. Oburzać się, jakby doszło do złamania jakiegoś tabu. A to przecież tylko wózek, na kołach - koła się złamać nie da, co najwyżej wygiąć szprychy. A powyginane koło i tak się jakoś tam krzywo poturkocze do przodu. I bardzo dobrze. Byle dalej od nas.Wózek z wozu - będzie lżej.

____
* to chyba Monty Python?

10 wrz 2012

Wierszokleci o poranku

Poniedziałkowy poranek. Idziemy z Dziobalindą do przedszkola.

Dziobalinda: Zobaczę, jak tam dzieci.
Synafia: Jak tam po weekendzie?
Dziobalinda: Słodyczów. Już. Nie będzie!*

___
W ramach ratowania Dziobalindy przez stoczeniem się na dno tudzież zejściem na psy ustaliliśmy, że słodycze jemy tylko w weekendy - najlepiej zrobione ręcami własnemi. W ten oto sposób w sobotę Dziobalinda stała się bardzo aktywną współautorką szarlotki.


1 wrz 2012

To speak or not to speak

Sytuacja 1. Znajoma w zaawansowanej ciąży informuje, że nawiedzają ją silne bóle. Mając z podobnymi bólami doświadczenie mówię jej, że mogą to być bóle przepowiadające, wywołane przez skurcze. Kilka innych koleżanek mówi jej najwyraźniej to samo, bo znajoma silnie zestresowana jedzie do lekarza. Okazuje się, że wszystko w porządku. Znajoma jest zła na wszystkie udzielające jej rad koleżanki - uważa, że wpieprzają się w cudze życie i straszą ją. Deklaruje, że już nigdy więcej ich nie posłucha.

Sytuacja 2. Jestem na placu zabaw z dziewczynkami i moją siostrą. Dziobalinda boi się zjechać z po raz kolejny z bardzo wysokiej zjeżdżalni i idzie się bawić gdzie indziej. Moja siostra pyta, czemu jej nie namawiam do przełamania strachu i zjechania. Ja jestem zdania, że zjedzie sama, jak się poczuje gotowa, i że dobrze jest słuchać własnego instynktu. Siostra jest zdania, że powinnam uczyć dzieci walczyć ze strachem, bo potem wyrosną na życiowe niedołęgi. Myślę sobie, że i tak nie posłucham swojej siostry - ucinamy temat. Zastanawiam się jednak, czy gdyby moja siostra miała dzieci i namawiała je do takiego przełamywania strachu, trzymałabym język za zębami - dochodzę do wniosku, że nie trzymałabym. Do dzieci mojej siostry miałabym pewnie zbyt osobisty stosunek, żeby milczeć.

Sytuacja 3. Idę z dziewczynkami na spacer i spotykam starszą parę z malutkim wnuczkiem. Pani zatrzymuje mnie i wypytuje o noszenie w chuście - zachwycona. Zaczyna żalić się na synową - że nie nosi dziecka, karmi tylko co 4 godziny, bez względu na to, czy dziecko płacze czy nie. Martwi się. Z jednej strony rozumiem to zmartwienie - sama wybrałam zupełnie inny model relacji ze swoimi dziećmi. Z drugiej strony wyobrażam sobie, jak czuje się synowa krytykowana przez teściową - znam to uczucie. Nie wiem, co powiedzieć. W końcu mówię tej pani, że ja mojej teściowej nie mówię o noszeniu w chuście, bo to by z kolei zmartwiło bardzo ją. Wyobrażam sobie, jak ciężko musi być mojej teściowej, gdy obawia się, że jakieś moje decyzje nie są dobre dla dzieci. Wiem jednak, że mimo tego muszę postępować zgodnie ze swoim, a nie cudzym przekonaniem.

Chciałabym podejmować wszystkie decyzje autonomicznie, chciałabym., żeby nikt mi się w nie nie wtrącał. Kilka razy przekonałam się, że nie mam wcale racji. Jednocześnie czasem sama mam ochotę się wtrącić, ba! wtrącam się, bo obawiam się konsekwencji milczenia - czy jeśli przewiduję, że komuś może stać się krzywda, mam prawo  milczeć? Czy jednak mam prawo wypowiadać się w kwestiach, które nie dotyczą mnie bezpośrednio? Gdzie kończy się życzliwa rada, a zaczyna nieuprawnione grzebanie w cudzym życiu?
Czy bliskość między osobami uprawnia do udzielania sobie rad? A jeśli tak - to jaka bliskość?

Nie mam żadnej z odpowiedzi. Działam trochę w ciemno. Słucham instynktu. Czasem się mylę.