30 maj 2014

O czerstwym dowcipie

Wracałam wczoraj z zakupów z Dziobalindą, która po dniu w przedszkolu i po godzinie na judo miała nadal nadwyżki energii (jak ona to robi, pytam się, no jak?!), ja zaś miałam nadwyżki bagażu, w liczbie toreb 3 (ciężkie!) plus wielka paka papieru toaletowego. Nakazałam Dziobalindzie nieść papier, ale nadal ja miałam za duże obciążenie, a Dziobalinda za dużo chęci do skakania po murkach, oglądania witryn, turlania się po trawniku etc. Zaapelowałam więc do niej słowami mniwiency takimi, że chodźże córko prędzej, bo ja tu jestem obładowana niczem dromader. Bardzo się Dziobalinda uśmiała, a ja stwierdziłam, że oto ułożyłam swój pierwszy w życiu dowcip! Owszem, czerstwy i przaśny, ale jednak dowcip!

Oto i on:
-    Jak się nazywa po angielsku matka wracająca z zakupów?
-    Dro-mader!

No więc tak właśnie, o. Oklaski.

I serdeczne uściski dla Mader, która jest już nie tylko mader, ale i grandmader :)

21 maj 2014

O modlitwie

Jeśli mam być szczera, nie wiem dokładnie, jak działa modlitwa. Wiem tylko, że dla mnie - działa. Przede wszystkim, daje spokój ducha i porządek w głowie. Poczucie relacji z Bogiem, takiej żywej, bo ja się modlę tak, jak czuję, nikt mnie nigdy nie uczył modlitwy. I nadzieję daje modlitwa, bo powierzam Bogu wszystkie moje sprawy, moje zmartwienia, lęki i prośby. I jestem pewna, że On się tym wszystkim zaopiekuje.

Z tym ważnym zastrzeżeniem, że modlitwa to nie jest zamówienie złożone w restauracji, a Bóg nie jest kelnerem - nie wszystkie moje życzenia wyrażane w modlitwie zostają wysłuchane. Dlatego modlę się swoimi słowami, ale też słowami biblijnej modlitwy, słowami „bądź wola Twoja”. Bo ja mam tak, że nawet wtedy, gdy czegoś bardzo, bardzo pragnę, przyjmuję taką ewentualność, że jednak Bóg wie lepiej od mnie. Że jestem tylko człowiekiem i nie zawsze jestem w stanie przewidzieć, jakie konsekwencje miałoby spełnienie jakiegoś mojego pragnienia. Tak więc jedne moje prośby i marzenia są spełniane, inne nie. Czasem są to wielkie marzenia, takie jak to, że w moim życiu pojawił się Małżonek, a potem nasze dzieci. Czasem zaś są to marzenia drobne, lecz ważne. Tak jak wczoraj.

Bo wczoraj wieczorem Dziobalinda posmutniała bardzo i zmarkotniała. Powiedziała, że w przedszkolu opowiadali sobie straszne historie i że ona teraz boi się zasnąć. Boi się, że będzie miała złe sny. Nie wiedziałam, co mogę jej na to poradzić, dlatego podzieliłam się moim własnym sposobem na takie lęki i strachy - modlitwą właśnie. Rozmawiałyśmy najpierw o tym, czym jest taka żywa modlitwa i jak można się modlić. A potem pomodliłyśmy się razem. I Dziobalinda położyła się spać.

Wieczorem, przed zaśnięciem, ja sama modlę się zawsze. Tak więc we wczorajszej wieczornej modlitwie powiedziałam Panu Bogu mniej więcej tak: Boże! Ja Cię proszę, niech Dziobalinda nie ma tych złych snów, naprawdę. Zobacz, jaki to dobry start byłby dla Was, ta wysłuchana modlitwa dziecka. Taki praktyczny i w ogóle...

Dziobalinda spała w nocy spokojnie, a gdy się obudziła, powiedziała, że nie miała żadnych snów. Radość moja była ogromna!

Choć trochę wymiękłam, gdy poprosiłam Dziobalindę, aby dziś już darowała sobie straszne historie, a ona odparła  ze stoickim spokojem „Eee tam, najwyżej się pomodlimy”. No bo ja w sumie nadal nie wiem, na jakich zasadach działa modlitwa.

13 maj 2014

O macierzy


 Dla A., która jest moją niezawodną macierzą zewnętrzną.

Będzie dziś o macierzy, ale nie o matce. Ach nie, wróć. Będzie i o matce, czyli o mnie. Będzie więc o matce z macierzą. Nie mylić z macicą. Choć owszem, macicę także posiadam. Gdzieś w końcu musiałam wyhodować te dwie wybujałe osobowości, z których ostatnio:
-          Giganna (lat prawie 2) była uprzejma zderzyć się czołowo z komodą i tym samym zafundować sobie, a także całej naszej rodzinie, pierwsze w historii zakładanie szwów (7 szwów na łuku brwiowym! gdyż albowiem, jak mawiał Joey Tribbiani, „if you wanna do something wrong, do it right!”);
-          Dziobalinda (lat prawie 6) zadała mi wczoraj filozoficzno-retoryczne pytanie: „Mamo, jak Ty myślisz, czy ja urodzę przez cesarskie cięcie czy naturalnie?” (no i proszę, miało być o macierzy, a tymczasem my tu znowu o macicy...).

Tak, tak, więc będzie o macierzy... O macierzy Eisenhowera będzie dzisiaj.

A zaczęło się to wczoraj, od ekscytującego poranka. Małżonek już o pierwszym świcie wybył do pracy, tak więc rano stanęłam przed trudnym zadaniem odprowadzenia Dziobalindy do przedszkola (tuż pod domem), Giganny do żłobka (3 stacje metra od domu), oraz siebie do pracy (11 stacji metra od domu) - a wszystko to przed 9:00. Tak więc wyruszyłam rano zaopatrzona w córki - sztuk 2, w wózek dziecięcy, plecak z laptopem służbowym, torbę na ramię oraz kawę w kubku termicznym, którą to kawę już na sam początek wylałam sobie niechcący do torby. Dalej było już tylko bardziej zabawnie i ekscytująco, tak więc gdy dotarłam w końcu do pracy, byłam wściekła, zgrzana i mokra od potu oraz od kawy. I - powiedzmy to otwarcie - zapewne śmierdziałam. Potem i kawą. I kortyzolem.

W pracy stan nerwowy nie tylko mnie nie opuścił, co jeszcze narastał. W mojej głowie zaczęły się piętrzyć wszystkie listy „do zrobienia” naraz. Co trzeba zrobić w firmie, co w domu, co dzisiaj, co za 5 dni (urodziny Dziobalindy!), co za tydzień...  Bo ja się bardzo przejmuję tym, co trzeba zrobić. Tak bardzo, że wręcz stwierdzono u mnie kiedyś cechy osobowości anankastycznej, hłe hłe... No więc, rozumiecie sami. Piętrzyło mi się to w głowie i chwiało, aż w końcu spadło i boleśnie potłukło mnie w najczulsze moje miejsce w ciele, czyli w mózg.

I wtedy przypomniałam sobie nagle o macierzy Eisenhowera*. Macierz owa wygląda tak:




Cały trik z macierzą polega na tym, żeby wszystkie rzeczy z listy „do zrobienia” włożyć sobie w odpowiednią ćwiartkę w macierzy i realnie przejmować się tylko tą pierwszą ćwiartką, czyli pilne/ważne. A resztą się nie zajmować zbyt gwałtownie, bo nie trzeba. Znamy się z macierzą już od lat kilku, ale wczoraj pierwszy raz wypróbowałam ją w praktyce. I tak kiedy jechałam po pracy odebrać dzieci z placówek (Małżonek hen daleko w Olsztynie nagrywał dla potomności...), rozlokowałam swoje listy „do zrobienia” w macierzy i wyszło mi, że w tym dniu w ćwiartce pilne/ważne znalazła się tylko jedna jedyna rzecz - zakup żwirku dla kota (w kuwecie była już jesień średniowiecza z tendencją do zimy). Który to żwirek zakupiłam niezwłocznie i z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku zluzowałam na resztę dnia.

I oto, co się dalej wydarzyło. Mianowicie nie wydarzyło się już nic. Resztę dnia spędziłam zupełnie spokojnie, bez stresu i ścisku mięśni wszelakich, który to ścisk jest niestety moim dużym problemem. Zrobiłam nawet parę rzeczy z innych ćwiartek, a potem Małżonek wrócił w końcu z Olsztyna i uraczyliśmy się winem gronowym („Niebo przejrzyste nade mną, wino gronowe we mnie”.). A dziś rano, stanąwszy po raz kolejny przed koniecznością odprowadzenia samotrzeć dzieci i dotarcia do pracy przed 9:00 - po prostu nie wzięłam kawy, dzięki czemu nie wylałam jej w torbie. I dotarłam do pracy spokojnie i znacznie mniej mokra i śmierdząca! Pełen sukces!

Zdaję sobie sprawę z tego, że to wszystko jest zupełnie proste. Większość ludzi nie zwala sobie wszystkiego na głowę, jak ja, tylko spokojnie ustala, co ważne, co nieważne, co pilne, co niepilne... Ale jeśli jest tam gdzieś jeszcze, zagubiona w Internecie, choć jedna duszyczka, która ma taki sam problem, jak ja - to jej właśnie rzucam na pomoc macierz Eisenhowera, niczem koło ratunkowe i wiadomość w butelce. Jest nadzieja dla Ciebie i dla mnie!

____
*Miał podobno powiedzieć Dwight Eisenhower, że rzeczy pilne rzadko są ważne, a ważne rzadko są pilne.  

7 maj 2014

O Angry Birds

Dziś rano w drodze do przedszkola Dziobalinda uraczyła mnie orzeźwiającym strumieniem świadomości, o brzmieniu następującym :
- Zobacz mamo, ten chłopiec miał taką samą czapkę jak A. i B. To była czapka z Angry Birds. Fu! Nie lubię Angry Birds, bo to są wściekłe ptaki. A. i B. grają ciągle w Angry Birds, a ja myślę, że oni nie powinni grać a Angry Birds. Oni powinni oglądać „Ptaki” Hitchcocka!

No, to czyje dzieci grają w Angry Birds? Kto skorzysta z propozycji Dziobalindy?