24 kwi 2015

O śmierci

Wczoraj napisałam o tym, że nic nie jest dane raz na zawsze.

Dwie godziny później  kolega mojego Męża zginął w wypadku. Wyjeżdżał z firmy. Uderzył w niego samochód. Zginął na miejscu.

Zostawił żonę i roczną córeczkę. Bliskich. I całą masę ludzi, dla którego jego odejście jest stratą i bólem nie do wyobrażenia.

Dobry, uczciwy, fajny, młody człowiek. Miał 34  lata.

Pomódlcie się, proszę. Za niego, za jego rodzinę i bliskich. 


23 kwi 2015

O niebie


Ot, nie piszę nic od dłuższego czasu, bo wydaje mi się, że nie ma o czym pisać. A jak już jest o czym, to - cytując kolegę - brak mi obelżywych słów. Bo takie np. żużlowe Grand Prix na Stadionie Narodowym. Czekał człowiek od pół roku, bilety miał wykupione, jarał się jak piętnastolatek, biegł uskrzydlony nadzieją na szał uniesień - jak za starych dobrych lat, gdy jeszcze Tomasz Gollob jeździł w jedynym słusznym klubie, czyli w Polonii Bydgoszcz... I wyszło jak wyszło. Zamiast szału uniesień był fletus et stridor dentium. Po serii żenujących wydarzeń z psującą się taśmą startową i zbyt miękkim torem (pierwszy raz w życiu widziałam na torze żużlowym walec!) - zawody przerwane. Wyszłyśmy z Dahoovką wściekłe i rozżalone, w czarną, zimną noc, i wracałyśmy na piechotę przez most przeżuwając w ustach przekleństwa i lamenty. No i tak. I kamieni kupa.

Byłam tak „pogrążona w czarnej otchłani rozpaczy”, jak mawiała Ania Shirley, jakoś przez klika godzin. A potem mi przeszło. Przeszło, bo przyszły wieści o prawdziwych powodach do zmartwień. A potem też przyszły, jak zawsze przychodzą, prawdziwe powody do radości. Czyjeś fikające bose nóżki rano. Czyjś nieskrępowany śmiech. Dotyk czyjejś ręki. Zapach kwitnącego drzewa wiśniowego. Spotkanie z kimś bliskim i rozumiejącym mnie w pół słowa. Uśmiechnięta twarz siostry na zdjęciach z wakacji. Jedyne rzeczy, które są dla mnie w życiu źródłem prawdziwego szczęścia.

I jeszcze niebo za oknem. Codziennie inne. (Mąż powiedział: Jak pierwszy raz wszedłem do tego mieszkania i zobaczyłem widok z okna, to sobie pomyślałem - po co mi telewizor, skoro mam kino? Rzeczywiście, nie mamy telewizora. Ale mamy komputer, co prawie na jedno wychodzi.) Na przykład takie:











I myślę sobie - oby mi się zawsze chciało patrzeć na niebo. I na drzewa, i kwiaty, i ptaki. Bo fajnie by było mieć tylko takie błahe zmartwienia - że się żużel nie udał. Ale nie jest tak w życiu. I fajnie by było mieć zawsze przy sobie czyjeś fikające bose nóżki. I dotyk czyjejś ręki. I bliską osobę, co zrozumie w pół słowa. Ale nic z tego nie jest mi dane na zawsze. Cieszę się najmocniej, jak umiem, póki jest. A potem... Nie wiem. Wiem, że będzie to niebo, i drzewa, i ptaki.

I obym umiała pamiętać o tym. I zachwycić się tak, jak dziś się zachwycam.

4 kwi 2015

O świętach, pokorze i nadziei dla wszystkich



W tym roku okres świąteczny uczy mnie przede wszystkim pokory…

A zaczęło się nie tak najgorzej - od choroby Dziobalindy. Zachorowała na tydzień przed świętami, tak więc wylądowałam na zwolnieniu, w domu. Co się nawet dobrze poskładało, bo gdy ona odsypiała gorączkę, ja spokojnie mogłam zacząć sprzątanie i przygotowania do Świąt. Około środy było wręcz idealnie - kontrola u lekarza wykazała, że Dziobalinda zdrowieje, w domu już pachniały poprane zasłony, a do tego udało mi się w nagłym spazmie pracowitości odmalować ścianę w kuchni, co to się do niej zabierałam już od grudnia. Było po prostu – pięknie! Mimo tego, że rzeżucha krzywo wyrosła, a podłogi zabrudziły się dokumentnie w 5 minut po umyciu. 

I jeszcze tej samej nocy, w środę, Giganna obudziła się z wysoką gorączką. A potem posypało się po kolei.  Giganna pochorowała się mocniej, niż Dziobalinda, a do tego później. Stało się jasne, że nie będziemy mogli pojechać w pierwszy dzień Świąt na rodzinne spotkanie do mojej mamy. Rodzinne wyjście do kościoła w Wielki Piątek też okazało się niemożliwe. Ba! Nie udało nam się nawet pójść „na raty” na żadne z dwóch nabożeństw - chora Giganna była w tak złym nastroju, że nie schodziła mi z rąk cały dzień, a Mąż ze zmęczenia… zasnął.

Szczęśliwie w tym roku radiowa Dwójka transmitowała wieczorem wielkopiątkowe nabożeństwo z naszego kościoła. Usiedliśmy więc do zdobienia pisanek i słuchaliśmy. Nie powiem, że udało nam się wysłuchać w ciszy i skupieniu całego nabożeństwa. Ale i tak wysłuchanie go przyniosło mi spokój i … nadzieję. Stanęła mi przed oczami sceneria Golgoty. Zabrzmiały mi w uszach słowa pastora o rozpaczy i poniżeniu, jakiego doznał Chrystus tego dnia. I o nadziei. Bo przecież trzeciego dnia - wstał z martwych! A pierwsze osoby, którym się ukazał, to były proste kobiety, które nic wielkiego zrobić nie mogły, ale chciały po prostu, z miłości i szacunku, obmyć i godnie pogrzebać Jego ciało.

I dotarło do mnie - przecież On nie przychodzi tylko do tych, którym się wszystko udaje, którzy są na tip top, idealni, poukładani. Do mnie też przychodzi! Przecież przychodzi do wszystkich - i do tych prostych, tych, niewidocznych, tych, co czasem czują się… nieważni. Do tych,  którym się nie udaje idealnie, mimo starań, a czasem nie udaje się wcale.  Do tych, którzy czują się nie dość dobrzy, zmęczeni, chorzy, opuszczeni, poniżeni. On też tego samego doświadczył, też tak się czuł… i nadal w tym naszym smutku, zmęczeniu i strachu, że nie jesteśmy dość dobrzy, jest z nami. I chce nam dać poczucie, że jesteśmy kochani tacy, jacy jesteśmy. Że możemy liczyć na Jego opiekę i wsparcie. Że nadejdzie dzień, w którym spotkamy się już bez tych ziemskich obciążeń. I będzie po prostu - pięknie.

Tego Wam, wszystkim, życzę z okazji Świąt Wielkanocy. Nadziei i poczucia, że jesteście ważni i kochani, tacy, jacy jesteście. I siły, żeby odradzać się wciąż no nowo, mimo naszych zwyczajnych, ludzkich słabości. I dużo Bożego błogosławieństwa.

Radosnych Świąt! 

Giotto di Bondone (1267-1337), Cappella Scrovegni a Padova, Ascension