28 maj 2013

Sposób na papugę

Zaskoczyła mnie ostatnio Dziobalinda. Nabyła bowiem nową formę rozrywki, podchwyconą zapewne w przedszkolu, czyli papugowanie. Pamiętam ze swojego dzieciństwa, że papugowaniem można całkiem sprawnie wyprowadzić kogoś z równowagi. A że ja się, niestety, z równowagi wytrącam często i gwałtownie, postanowiłam nie czekać bezczynnie na rozwój wypadków i przejąć kontrolę nad sytuacją.Kontrolę w przypadku papugowania pomaga mi przejąć pan, na którego mądrość zawsze mogę liczyć. Nie, nie pan Jesper Juul. Pan Publius Ovidius Naso.

Jak stosować Owidiusza? Przykład praktyczny:

Synafia:  Dziobalindo, zapraszam na kolację.
Dziobalinda: Dziobalindo, zapraszam na kolację.
S: O, czy mnie papugujesz?
Dz.  O, czy mnie papugujesz?
S. Świetnie!
Dz. Świetnie!
S. A zatem powtarzaj za mną.
Dz. A zatem powtarzaj za mną.
S.  Aurea prima sata (e)st...
Dz. Aueee a imaa ssst...
S. ...aetas, quae vindice nullo...
Dz. etas, kłaaa icce  lo...
S. ... sponte sua, sine lege...
Dz. spontła,eee, lege...
S. ... fidem rectumque colebat.
Dz.  Fidukłe.. eee, mamo, ja tak nie mogę!

No dobra, przeczuwam, że Owidiusz będzie działał tylko chwilę, wkrótce Dziobalinda nauczy się pięknie recytować heksametr restytutą i będę musiała wymyślić coś innego. Ale korzystam z chwili spokoju, jaką udało mi się uzyskać na ten moment.

23 maj 2013

Ze szczęścia

Wieczorem, jak to zwykle bywa, poprosiłam Dziobalindę, aby posprzątała w swoim pokoju. Przygotowałam się już psychicznie na długą dyskusję o tym, że nie, że nie teraz, że potem i że nie ma mowy. Jakież więc było moje zdziwienie (jakież? bezgraniczne - ż!), gdy usłyszałam, jak moja pięcioletnia córka odpowiada figlarnie:
- Mamo, posprzątam tak, że będziesz płakać ze szczęścia!

No i co. I posprzątała. I nakazała mi płakać. Zawołałam więc Małżonka i płakaliśmy razem, w ekstazie.

Piękna chwila, piękny dzień! Jeden taki na milion lat. 

20 maj 2013

Guerilla parenting czyli piąte urodziny Dziobalindy


Jak organizuje się Dziobalindzie przyjęcie z okazji piątych urodzin, gdy do dyspozycji jest jeno dwupokojowe mieszkanie, a jubilatka życzy sobie zaprosić licznych gości?

Otóż w lesie. W lesie organizuje się. Organizuje się w sposób następujący.

Krok pierwszy.
Dzień przed przyjęciem. Logistyka. Aprowizacja. Pieczenie. Kucharzenie. Planowanie. Ogarnianie.

Krok pierwszy - checked!

Krok drugi.
Noc przed przyjęciem. Spanie. Wymagane, albowiem przyjęcie odbywa się wcześnie rano. W lesie.

A więc tuż po północy zmęczeni realizacją kroku pierwszego rodzice kładą się do łóżka. Wstają 5 minut później, aby ukoić obudzoną nagle jakąś kosmiczną wibracją Gigannę. Lulają Gigannę. Lulają Gigannę. Lulają Gigannę. Już o piątej nad ranem zasypiają tuż po tym, gdy i Giganna zmęczona ponad czterema godzinami płaczu postanawia w końcu zasnąć.

Tak więc krok drugi - failed!

Krok trzeci.
Poranek przed przyjęciem. Rodzice wstają o 7:00 i kompletują zestaw piknikowo-przyjęciowy. Pakują go w plecaki, w przenośną lodówkę i wózek spacerowy Giganny. Budzą i oporządzają dzieci. Pakują Dziobalindę na rower, a Gigannę w wózek. Wyruszają do lasu.

Po godzinie, tylko nieznacznie zdyszani i pokąsani przez komary (a jubilatka wstrząśnięta nieco podróżą na nowym rowerze przez leśne dróżki) docierają na miejsce czyli na polankę za lasem, zaopatrzoną w wiaty i miejsca do grillowania. Zajmują jedną z jeszcze dostępnych wiat. Puszczają z telefonu Damiana Marleya. Dmuchają baloniki. Ustawiają produkta i frukta na żółtym obrusiku z ceraty. Czekają na gości.

Krok trzeci - checked!

Krok czwarty.
Przyjęcie. Jubilatka przyjmuje gości, honory, tort, śpiewy i prezenty.

Dzieci w liczbie przekraczającej zdolności poznawcze rodziców odbywają liczne psoty i zabawy. Dorośli opiekunowie i inni krewni dzieci odbywają rozmowy towarzyskie. Rodzice jubilatki odbywają rozmowy towarzyskie, zabawy z dziećmi, dokumentację zdjęciową, wizyty w krzaczkach, zaspokajanie dziecięcych życzeń i łagodzenie dziecięcych sporów.

W obawie przed zapowiadaną burzą goście rozchodzą się. Rodzice pakują pozostałe po przyjęciu bambetle (na szczęście jedna z mam ofiaruje pomoc i samochodem zabiera lodówkę turystyczną, którą następnie będzie można od niej odebrać, jako że mieszka nieopodal). Pakują dzieci w środki transportu. Wracają do domu tą samą trasą, którą przyszli.

Krok czwarty - checked!

Krok piąty.
Po przyjęciu. Dzięki ciotce Dziobalindy (a osobistej młodszej siostrze piszącej te słowa) cała rodzina dociera do domu w komplecie i nawet jeszcze przez chwilę trzyma się na nogach. Dziobalinda napawa się prezentami i wspomnieniami z przyjęcia. Rodzice dojadają pozostałe po przyjęciu słodycze i marzą o zimnym piwie. Giganna rozważa w swym sercu, czy będzie w nocy spać, czy może jednak wrzeszczeć.

Krok piąty - checked!

Mission accomplished. 



16 maj 2013

Giganna dwojaka panna

Giggano, Droga Córko! 



 Bardzo Cię kocham i rada jestem stópki Twe śliczne podjadać, szyjkę łaskotać i bawić się z Tobą w buziaczki, i w brawo brawo, i w gdzie jest oczko. Nie zamieniłabym Cię na żadne skarby świata. Jednak nie umiem już dłużej ukrywać przed światem prawdy o tym, jak wygląda nasza wspólna codzienność, a bardziej - conocność.

Ujawniam więc prawdę. A brzmi ona tak:


No trudno. Jakoś to przeżyć musimy. Nieprawdaż.

15 maj 2013

Kobiecość

W naszym domu mieszkają dwie dziewczynki. Młodsza jest na tyle młodsza, że nie ma jeszcze silnie ukonstytuowanych preferencji - ot, wpycha sobie do buzi wszystko, co podniesie z podłogi. Nawet ogon kota. Starsza za to ma swoje upodobania i hobby. Odkąd skończyła dwa latka, jest pasjonatką pociągów, zwłaszcza parowych. Jest też wielką fanką Zygzaka McQuenna, czerwonego samochodu wyścigowego. Toteż w naszym domu dużo jest samochodzików i pociągów. Jest i konik na biegunach, na którym Dziobalinda jeździ i strzela z łuku jak Merida Waleczna. Są Dziobalindowe krótkie porcięta i adidaski, gdyż lubi wspinać się na ogrodzenia i na drzewa, i taplać się w piachu. Utarło się w naszym domu przekonanie, że Dziobalinda jest dziewczynką, która lubi samochody, pociągi i sport.

Nie znaczy to, że Dziobalinda jest chłopcem, ani nawet „chopczycą”. Znaczy to tyle, że jako dziewczynka ma prawo do takich upodobań i wyborów, jakie jej się zamarzą, i nie ma to nic wspólnego z jej płcią.

Myślę, że ta sama myśl przyświeca autorkom i autorom pomysłów na wychowanie dzieci bez stereotypów na temat płci. Bardzo taką koncepcję popieram. Jednak pomysły na jej realizację budzą już moje wątpliwości. Zwłaszcza pomysł na to, żeby nie nazywać dzieci dziewczynkami i chłopcami, unikać tematu płci, czekać, aż dzieci „same określą swą płeć kulturową”.

Muszę przyznać, że samo sformułowanie „płeć kulturowa” nie jest dla mnie oczywiste. Rozumiem pojęcie „kulturowej roli płci”. Rozumiem - i czasem widzę na własne oczy - społeczne i kulturowe oczekiwania wobec kobiet i mężczyzn. „Dziewczynki muszą być grzeczne.” „Chłopcy muszą być odważni.” „Kobiety muszą siedzieć w domu.” „Mężczyźni muszą mieć grube portfele.” Tak, uważam, że należy uciekać z tych szufladek, a najlepiej w ogóle nie dać się do nich zapakować.

Czego nie rozumiem, to dlaczego wraz z ucieczką z szufladki miałybyśmy - ja, moje córki, inne kobiety - zostawiać w tych szufladach naszą płeć. Dlaczego miałabym patrząc na córki nie widzieć w nich kobiet? Dlaczego miałabym im o ich kobiecości nie mówić? Czy nie o to nam, kobietom, chodziło, żeby naszą kobiecość wyzwolić z ograniczeń? Dlaczego więc, zamiast ją wyzwalać, miałybyśmy ją porzucać? Przecież to, co staje nam na przeszkodzie, to nie nasza płeć, nie to, że jesteśmy kobietami, ale  to, że nasza kobiecość była przez lata deprecjonowana. Teraz, teoretycznie walcząc o równość i godność, same często swą kobiecość depczemy.

Zmroziło mnie ongi zdanie w felietonie pewnej feministki, która napisała, iż o ucisku kobiet świadczy fakt, że nadal kobiety zajmują się zajęciami gorszego sortu, upokarzającymi - takimi jak opieka nad dziećmi i domem. A ja myślę sobie, że dowodem ucisku jest fakt, iż jakieś zajęcia uważane są za „upokarzające”, ponieważ zajmują się nimi kobiety. Bo przecież zachwycamy się ideą urlopu tacierzyńskiego, prawda? Chwalimy ojców za zostawanie w domu z dziećmi, prawda? Kiedy to mężczyzna zajmuje się domem, to już nie jest upokarzające - jest tak tylko wtedy, gdy robi to kobieta. I co mnie najbardziej zdumiewa, że walcząc o wyzwolenie z ucisku, tak naprawdę uciskamy się same. Słyszałam już z ust pań, uważających się za feministki, że małżeństwo to prostytucja, że siedzenie w domu z dziećmi to klęska, że rodzina to siedlisko patologii, które uczy tylko egoizmu. Nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego kobiety, które chcą być feministkami, deprecjonują wybory innych kobiet.

A ja myślę sobie - jestem kobietą. Nie wiem sama, co to powinno oznaczać, poza tym, że moja biologia pozwala mi rodzić i karmić moje dzieci. Nie wiem, co to znaczy czuć się mężczyzną, bo nigdy się nim nie czułam. Ale skoro niektórzy ludzie czują się kobietami uwięzionymi w ciele mężczyzn, a inni - mężczyznami w ciele kobiety, to znaczy chyba, że bycie kobietą lub mężczyzną nie jest ani kwestią czysto biologiczną, ani kwestią tylko kulturową, podlegającą dowolnym wyborom. Coś w nas mówi nami, że jesteśmy kobietami lub mężczyznami. I będąc nimi, powinniśmy mieć prawo do życia w taki sposób, aby realizować swoją kobiecość i męskość zgodnie z naszymi sumieniami, naszymi potrzebami.

Jestem kobietą - to znaczy, że mogę siedzieć w domu z dziećmi lub iść do pracy, lubić różowe sukienki lub czarne glany, być spokojną lub porywczą, a nawet wszystko to na raz - i nadal będę kobietą, czyli wartościowym człowiekiem. Moja kobiecość to część mnie, która ani mnie nie definiuje, ani nie ogranicza - nie w większym stopniu niż moje ręce i nogi. I tak samo jak lubię i szanuję moje ręce i nogi, tak lubię i szanuję moją kobiecość.

Jestem kobietą. Moje córki są małymi kobietami. I to jest piękne.

I wcale nie mam zamiaru milczeć na ten temat.

14 maj 2013

Uwaga, będę straszyć!

Tym razem nie dziećmi i nie matką-prawdziwą-sprzątającą. Tym razem będzie o wiele, wiele gorzej. Okazuje się bowiem, że chodzą po tym świecie ludzie bardziej niż ja dziwaczni. Chodzą, mówią, nagrywają i udostępniają innym przez internet swą niezrozumiałą miłość do martwych języków. Niezrozumiałą dla wielu, lecz nie dla mnie. Dla mnie naturalną jak miłość do serów i do czerwonego wina. I dla tego pana najwyraźniej też.

Paludite cives!


13 maj 2013

Prawdziwa mama

Dzień jak co dzień z dziećmi oznacza, że nie zna się dnia ani godziny. Wybuchnąć może coś w każdej chwili i jeśli pod wieczór kończy się tylko na zamalowaniu stołu zielonym flamastrem, to dzień można uznać za zwieńczony sukcesem.

A fresk z zielonych zawijasków na stole polewa się obficie mleczkiem do czyszczenia, wręcza się pięcioletniej Artystce gąbeczkę i zaleca czyszczenie aż do uzyskania w miarę przyzwoitej powierzchni blatowej.

Mamo, mamo! - zakrzyknęła rozradowana Dziobalinda znad gąbeczki - Mamo, zobacz! Sprzątam jak prawdziwa mama!

Pogratulowałam szczerze i teraz się zastanawiam: czy to właśnie jest kwintesencja prawdziwego macierzyństwa w moim wykonaniu? Hmmm...

8 maj 2013

O odwadze (dla I.)


Podobno nie widać tego w moim pisaniu, ale w „odbiorze bezpośrednim” jestem uważana za osobę głośną i żywiołową, a nawet rubaszną. W pracy nierzadko słyszę zdania typu: „Słyszałem cię już przy windzie” lub „Och, jakoś tak cicho tu było, gdyby byłaś na zwolnieniu”. Uwielbiam żarty sytuacyjne i przaśne dowcipy, lubię żywiołowe dyskusje. W związku z takim a nie innym, odziedziczony po mym Tacie Albatrosie, usposobieniem, zdarza mi się, że gdy od czasu od czasu huknę, to osoby bardziej wrażliwe czują się moim huknięciem ogłuszone. I tak też zdarzyło się wczoraj.

Gdzieś tam wśród tradycyjnych firmowych żartów strzeliłam tekstem, który w moim odczuciu był zwykłym kapiszonem puszczonym na podwórku pod trzepakiem. Okazało się jednak, że Koleżanka, która uczestniczyła w rozmowie, poczuła się, jakby tekst został wystrzelony do niej z wrogimi zamiarami.

Co zazwyczaj dzieje się w takiej sytuacji? Co mogłoby się stać? Koleżanka mogłaby wystrzelić do mnie w odwecie, mogłaby też obrazić się na mnie. Nie zrobiła tego jednak, gdyż jest osobą bardzo wrażliwą. Zamiast tego najprawdopodobniej zaczęłaby zastanawiać się, co konkretnie miałam na myśli, czy chciałam ją skrytykować, a jeśli tak, to dlaczego - mnożyłaby wątpliwości i przypuszczenia, z wraz z nimi - żal do mnie i swoje złe samopoczucie. Tak zapewne stałoby się i byłoby to dla mnie zupełnie zrozumiałe, gdyż sama mam tendencje do takiego właśnie „duszenia się w sosie własnej niepewności”. Tymczasem jednak stało się inaczej. Mimo, iż było to dla niej bardzo trudne, Koleżanka odezwała się do mnie po chwili na osobności. Powiedziała, że zrobiło jej się przykro, że poczuła się skrytykowana. Zapytała, co konkretnie chciałam powiedzieć, gdyż ona nie chciałaby sobie wyobrażać nie wiadomo czego, woli porozmawiać ze mną otwarcie.

I wtedy, wiedząc, jak się poczuła, mogłam wyjaśnić jej, że nic złego nie miałam na myśli, i przeprosić za to, że niechcący uraziłam ją zbyt głośnym wystrzałem. Zamiast ponurej kiszonki wyszła nam po chwili bardzo przyjemna, sycą i pożywna rozmowa. Rozmowa, z której nie tylko dowiedziałam się czegoś ważnego o mojej Koleżance, ale także zobaczyłam na własne oczy, jak można odważnie przełamywać swoje wewnętrzne bariery i stawiać czoła trudnym sytuacjom. Podziwiam moją Koleżankę nie tylko za mądrość, jaką wykazała rozmawiając ze mną otwarcie, ale i za odwagę, gdyż wiem, że dużo ją ta otwartość kosztowała.

Chciałabym, żebyśmy wszyscy umieli być tak odważni i mądrzy, jak Ona, a przede wszystkim chciałabym sama być tak odważna i mądra.

A zacznę od tego, żeby raz jeszcze, oficjalnie tym razem, powiedzieć mojej Koleżance: Dziękuję!

6 maj 2013

Pytanie

Drogie i Drodzy!

Biję się z myślami od dłuższego czasu i nie umiem podjąć decyzji sama, dlatego postawnowiłam zapytać Was.

Czy chcielibyście, żeby założyć stronę Synafii na FB? Czy byłoby to dla Was jakieś ułatwienie, czy przeciwnie, mnożenie bytu bez potrzeby (jak mawiał dr.R.S. "I wtedy wychodzi ze ściany pan Ockham i grozi paluszkiem "nie, nie, nie!")?

Proszę Was o szczere opinie, bo sama po prostu nie wiem.

Oraz - miłego poniedziałku wszystkim! :)

1 maj 2013

Rodzicielska indoktrynacja vol. 2

Dziobalinda narysowała obrazek - dziewczynkę z długimi, fioletowymi włosami, ślizgającą się po niebieskiej powierzchni, a obok dziewczynki dziwny bazgroł.

- Kto to jest? - pokazuję dziewczynkę.
- To ja! - odpowiada Dziobalinda.
- A to? - pokazuję niebieską powierzchnię.
- Lodowisko.
- Aha. A to? - pokazuję bazgroł.
- A to - śmieje się Dziobalinda- elektro-gumo-napawarka.