Dla Dahoovki i nie tylko - przepis na bułeczki (dziękujemy Ci Anjess!) :
Składniki:
5 dag drożdży
250-300ml ciepłej wody
0,5 kg mąki
1 łyżka cukru
1 łyżeczka soli
4 łyżki oleju
Drożdże oraz łyżkę cukru rozpuścić w 250-300ml ciepłej wody. Wlać do miski z mąką, dodać łyżeczkę soli i 4 łyżki oleju i zagnieść ciasto. Odstawić na jakiś czas do wyrośnięcia. Uformować kulki i ułożyć na blaszce (można też nadziewać czym chata bogata), wstawić do piekarnika (ok. 210-220st) na 20 minut.
Wychodzi ok. 16 małych bułeczek.
Jak ktoś chce 32 bułeczki, niechaj podwoi składniki wszelkie, jako i ja czynię.
Bon apetit!
07-12-2009
06-12-2009
Wyszłam zaraz wracam
Nie ma mnie, ponieważ jestem na urlopie. Na urlopie przebywam w dużym pokoju i w kuchni, w łazience też bywam no i oczywista u Dziobalindy – wpadam do niej na herbatki odkąd za nasze pieniądze nabyła sobie stolik i krzesełka, coby gości na herbatce przyjmować.
Więc urlop mam, a to oznacza, ze odpoczywam, nieprawdaż. Czyli sprzątam, piorę, gotuję i piekę, zażywam spacerów na świeżym powietrzu (zamiast grzybów zbieramy z Dziobalindą psie kupy. Niech mi ktoś jeszcze raz powie, że psy są lepsze od dzieci. Dzieci, moi mili, NIE SRAJĄ NA CHODNIK! I to jest ich najpierwsza zaleta.) Nie, żebym normalnie tego wszystkiego nie robiła – robię, ale teraz robię to urlopowo, na luzie. Bo normalnie to ja to robię z prędkością światła, pomiędzy okresami mej tzw. aktywności zawodowej, trwającej w różnych porach - od wczesnorannych do późnonocnych. Zazwyczaj w celu dodania sobie animuszu toczę pianę i zgrzytam zębami (tymi samymi zębami, co pani dentystka ostatnio oglądając zdjęcie ich rzekła : „Och! Co za straszny, straszny ząb!” Więc ją spytałam, czy może wygląda jak wielki Cthulhu, ale ona już była na dnie rozpaczy i nic mi na to nie odpowiedziała. Więc Luco, darling, jak chcesz startować w konkursach na historyjki stomatologiczne, to zapraszam!).
Z okazji urlopu ogłaszam, że jeszcze przez tydzień nie mam opinii na żaden temat! Z opiniami przyjmuję dopiero od 14 XII. Teraz mnie zajmuje ciasto drożdżowe, co mi na bułki rośnie. Nadzienie z banana będzie ok, kto mi zaopiniuje? Bo ja sama sobie nie mogę. Urlop mam.
Więc urlop mam, a to oznacza, ze odpoczywam, nieprawdaż. Czyli sprzątam, piorę, gotuję i piekę, zażywam spacerów na świeżym powietrzu (zamiast grzybów zbieramy z Dziobalindą psie kupy. Niech mi ktoś jeszcze raz powie, że psy są lepsze od dzieci. Dzieci, moi mili, NIE SRAJĄ NA CHODNIK! I to jest ich najpierwsza zaleta.) Nie, żebym normalnie tego wszystkiego nie robiła – robię, ale teraz robię to urlopowo, na luzie. Bo normalnie to ja to robię z prędkością światła, pomiędzy okresami mej tzw. aktywności zawodowej, trwającej w różnych porach - od wczesnorannych do późnonocnych. Zazwyczaj w celu dodania sobie animuszu toczę pianę i zgrzytam zębami (tymi samymi zębami, co pani dentystka ostatnio oglądając zdjęcie ich rzekła : „Och! Co za straszny, straszny ząb!” Więc ją spytałam, czy może wygląda jak wielki Cthulhu, ale ona już była na dnie rozpaczy i nic mi na to nie odpowiedziała. Więc Luco, darling, jak chcesz startować w konkursach na historyjki stomatologiczne, to zapraszam!).
Z okazji urlopu ogłaszam, że jeszcze przez tydzień nie mam opinii na żaden temat! Z opiniami przyjmuję dopiero od 14 XII. Teraz mnie zajmuje ciasto drożdżowe, co mi na bułki rośnie. Nadzienie z banana będzie ok, kto mi zaopiniuje? Bo ja sama sobie nie mogę. Urlop mam.
29-11-2009
Rzeczą ludzką jest błądzić...
...i rzeczą ludzką błędy poprawiać. Takoż "Wiedza i życie" okładkę ma już poprawioną, co wielce mnie cieszy. Serdecznie pozdrawiam Redakcję :)
27-11-2009
Quo vadis, redaktorze?
Okładka nowego numeru Wiedzy i życia wygląda tak:

Kto wie, ten wie, a kto nie wie, niech się dowie, że zaprawdę błędną jest ta skądinąd urocza parafraza św. Piotra i jego „Quo vadis, Domine?”. Gdyż albowiem w tłumaczeniu na j.polski należałoby ją czytać „Gdzie idziesz, medycyny?”. A powinna brzmieć „Quo vadis, medicina?”* i wtedy byłoby git. Błąd się może zdarzyć każdemu, ale na Jowisza, czemu na okładce ogólnopolskiego periodyku zajmującego się nauką? Czy nie można było skonsultować tego tytułu z kimś, kto zna łacinę? (są na świecie jeszcze takie dziwolągi).
Wzburzywszy się nieco jęłam przypominać sobie, jak to kilka lat temu jakaś firma zamieściła w GW ogłoszenie o pracę, które składało się tylko z szablonu Lorem ipsum oraz adresu firmy. Wkrótce potem w miesięczniku Media&Marketing Polska ówczesna pani redaktor naczelna zachwycała się we wstępniaku ogłoszeniem o pracę napisanym po łacinie. Nawet bym się nie zdziwiła tak bardzo, gdyby nie fakt, ze pani redaktor była absolwentką warszawskiej polonistyki, co oznacza, że musiała w trakcie studiów zdawać egzamin z łaciny. Dlaczego zatem uznała za łacińskie takie wyrazy jak „occaecat cupidatat non proident”? Czy jej humanistycznie wykształcone oko nie powinno zawisnąć chwilę nad tymi formami i zastanowić się, że się tak wyrażę, what the f... is that? Może wówczas pani redaktor zwróciłaby się do wujka Gugla, który poinformowałby ją, ze Lorem ipsum jest tekstem quasi-łacińskim, wzorowanym, a i owszem, na fragmencie traktatu Cycerona, lecz z samą łaciną mający tyle wspólnego, co ja z Liz Taylor, jak sobie zrobię zdjęcie od tyłu i obrobię w photoshopie. No chyba, że z Gugla trafiłaby pani redaktor od razu na polską Wikipedię. Ta bowiem także twierdzi, że Lorem ipsum jest tekstem łacińskim (choć angielska Wikipedia już takich kitów nie wciska, a stan faktyczny orzeka uczciwie). Odkryłam to dziś z wielkim zdumieniem i byłam uprzejma zedytować hasło, ale nie wiem, czy Wikipedia będzie uprzejma moją edycję uwzględnić.
Inna sprawa, że najwyraźniej można być redaktorem naczelnym i nie wiedzieć, czym jest Lorem ipsum. To też mnie bardzo uradowało.
Skoro tak się rzeczy mają, że najwyraźniej wiedza i kompetencje nie są potrzebne do tego, żeby zostać redaktorem naczelnym pisma tego lub owego, to ja jednak poważnie rozważę objęcie stanowiska red. nacz. magazynu Bullshit&Crap, na którą to posadę swojego czasu namawiał mnie Sykofanta. Na bullshit i na crap to ja się znam doskonale. A nawet gdybym się nie znała, to co za różnica, nie?
* z listu de redakcji WiZ:
"Domine” (pol. panie) to vocativus (polski odpowiednik - wołacz) w liczbie pojedynczej dla wyrazu „dominus” (rodzaj męski, deklinacja II). Dla wyrazu „medicina” (rodzaj żeński, deklinacja I) należy zatem również użyć tego samego przypadka w tej samej liczbie, a brzmi on „medicina”. Prawidłowe brzmienie użytej przez Państwa parafrazy to „Quo vadis, medicina?”.

Kto wie, ten wie, a kto nie wie, niech się dowie, że zaprawdę błędną jest ta skądinąd urocza parafraza św. Piotra i jego „Quo vadis, Domine?”. Gdyż albowiem w tłumaczeniu na j.polski należałoby ją czytać „Gdzie idziesz, medycyny?”. A powinna brzmieć „Quo vadis, medicina?”* i wtedy byłoby git. Błąd się może zdarzyć każdemu, ale na Jowisza, czemu na okładce ogólnopolskiego periodyku zajmującego się nauką? Czy nie można było skonsultować tego tytułu z kimś, kto zna łacinę? (są na świecie jeszcze takie dziwolągi).
Wzburzywszy się nieco jęłam przypominać sobie, jak to kilka lat temu jakaś firma zamieściła w GW ogłoszenie o pracę, które składało się tylko z szablonu Lorem ipsum oraz adresu firmy. Wkrótce potem w miesięczniku Media&Marketing Polska ówczesna pani redaktor naczelna zachwycała się we wstępniaku ogłoszeniem o pracę napisanym po łacinie. Nawet bym się nie zdziwiła tak bardzo, gdyby nie fakt, ze pani redaktor była absolwentką warszawskiej polonistyki, co oznacza, że musiała w trakcie studiów zdawać egzamin z łaciny. Dlaczego zatem uznała za łacińskie takie wyrazy jak „occaecat cupidatat non proident”? Czy jej humanistycznie wykształcone oko nie powinno zawisnąć chwilę nad tymi formami i zastanowić się, że się tak wyrażę, what the f... is that? Może wówczas pani redaktor zwróciłaby się do wujka Gugla, który poinformowałby ją, ze Lorem ipsum jest tekstem quasi-łacińskim, wzorowanym, a i owszem, na fragmencie traktatu Cycerona, lecz z samą łaciną mający tyle wspólnego, co ja z Liz Taylor, jak sobie zrobię zdjęcie od tyłu i obrobię w photoshopie. No chyba, że z Gugla trafiłaby pani redaktor od razu na polską Wikipedię. Ta bowiem także twierdzi, że Lorem ipsum jest tekstem łacińskim (choć angielska Wikipedia już takich kitów nie wciska, a stan faktyczny orzeka uczciwie). Odkryłam to dziś z wielkim zdumieniem i byłam uprzejma zedytować hasło, ale nie wiem, czy Wikipedia będzie uprzejma moją edycję uwzględnić.
Inna sprawa, że najwyraźniej można być redaktorem naczelnym i nie wiedzieć, czym jest Lorem ipsum. To też mnie bardzo uradowało.
Skoro tak się rzeczy mają, że najwyraźniej wiedza i kompetencje nie są potrzebne do tego, żeby zostać redaktorem naczelnym pisma tego lub owego, to ja jednak poważnie rozważę objęcie stanowiska red. nacz. magazynu Bullshit&Crap, na którą to posadę swojego czasu namawiał mnie Sykofanta. Na bullshit i na crap to ja się znam doskonale. A nawet gdybym się nie znała, to co za różnica, nie?
* z listu de redakcji WiZ:
"Domine” (pol. panie) to vocativus (polski odpowiednik - wołacz) w liczbie pojedynczej dla wyrazu „dominus” (rodzaj męski, deklinacja II). Dla wyrazu „medicina” (rodzaj żeński, deklinacja I) należy zatem również użyć tego samego przypadka w tej samej liczbie, a brzmi on „medicina”. Prawidłowe brzmienie użytej przez Państwa parafrazy to „Quo vadis, medicina?”.
20-11-2009
Chylińska daje!
Czasem rodzic zrobi coś nierozważnie. Kocica nabyła dla synów książkę o fallusach, a ja puściłam w obecności Dziobalindy teledysk nowej Chylińskiej.
I wpadłam.
Cały dzień był jechany jeden temat „Chylićka! Daje! Daje Chylićka! Dajeeeeeeeeeeeeeee! Chylićkaaaaaaaaaaaa!”.
Próżne były moje tłumaczenia: Droga córko! Chylińska się sprzedała! Chylińskiej nie możemy już słuchać, jest ona miałka i komercyjna, sprzedała duszę popkulturze i za to sobie wybuduje willę w Konstancinie. Pytasz mnie, dziecko, skąd mamusia może wiedzieć czy sobie Chylińska wybuduje willę? Mamusia nie kłamie, mamusia rzetelnie sprawdzała na Onecie, a dokładniej z ust Anity Lipnickiej mamusia spiła tę prawdę. A jak Lipnicka mówi, to wie.
Lipnicka wie też, że Kayah nie nagrała płyty osobistej. Wie to, gdyż widziała okładkę. „Opakowanie nie sugeruje żadnej wewnętrznej wycieczki. Kostium z lateksu, czarny pióropusz na głowie – to bardzo konkretna kreacja. Nie zachęciła mnie do zgłębienia tematu” Wewnętrzną wycieczkę sugeruje okładka wówczas, gdy przedstawia zgłębnik do żołądka względnie cewnik urologiczny. Na temat czarnych kostiumów z lateksu Pismo mówi wyraźnie „Nie wystąpisz w kostiumie czarnym lateksowym na okładce płyty osobistej, gdyż jest to niegodziwością”.
Lipnicka zna również cienką granicę między „sprzedaniem się” a „działaniem na własnych zasadach”. Sprzedają się ci, co poszli do „Mam talent”. „Na własnych zasadach” działała Lipnicka, gdy robiła drugą sesję dla Playboya. Gdyż ona miała powody. Ważne powody.
Ja mam za to ważne powody, żeby sobie puszczać nową Chylińską, a nie nową Lipnicką.
Po pierwsze – Dziobalinda woli Chylińską (testowałam dziś obie). Po drugie – ja też wolę Chylińską. Bo ja tak samo jak Chylińska nie chciałabym wiecznie być utytą nastolatką ze stanami depresyjnymi. I tak samo jak Chylińska zrobiłam już sobie kilka przewrotów kopernikańskich w życiu. I ostatecznie muzyki można słuchać różnej, ale głupot gadać to jednak nie wypada.
I wpadłam.
Cały dzień był jechany jeden temat „Chylićka! Daje! Daje Chylićka! Dajeeeeeeeeeeeeeee! Chylićkaaaaaaaaaaaa!”.
Próżne były moje tłumaczenia: Droga córko! Chylińska się sprzedała! Chylińskiej nie możemy już słuchać, jest ona miałka i komercyjna, sprzedała duszę popkulturze i za to sobie wybuduje willę w Konstancinie. Pytasz mnie, dziecko, skąd mamusia może wiedzieć czy sobie Chylińska wybuduje willę? Mamusia nie kłamie, mamusia rzetelnie sprawdzała na Onecie, a dokładniej z ust Anity Lipnickiej mamusia spiła tę prawdę. A jak Lipnicka mówi, to wie.
Lipnicka wie też, że Kayah nie nagrała płyty osobistej. Wie to, gdyż widziała okładkę. „Opakowanie nie sugeruje żadnej wewnętrznej wycieczki. Kostium z lateksu, czarny pióropusz na głowie – to bardzo konkretna kreacja. Nie zachęciła mnie do zgłębienia tematu” Wewnętrzną wycieczkę sugeruje okładka wówczas, gdy przedstawia zgłębnik do żołądka względnie cewnik urologiczny. Na temat czarnych kostiumów z lateksu Pismo mówi wyraźnie „Nie wystąpisz w kostiumie czarnym lateksowym na okładce płyty osobistej, gdyż jest to niegodziwością”.
Lipnicka zna również cienką granicę między „sprzedaniem się” a „działaniem na własnych zasadach”. Sprzedają się ci, co poszli do „Mam talent”. „Na własnych zasadach” działała Lipnicka, gdy robiła drugą sesję dla Playboya. Gdyż ona miała powody. Ważne powody.
Ja mam za to ważne powody, żeby sobie puszczać nową Chylińską, a nie nową Lipnicką.
Po pierwsze – Dziobalinda woli Chylińską (testowałam dziś obie). Po drugie – ja też wolę Chylińską. Bo ja tak samo jak Chylińska nie chciałabym wiecznie być utytą nastolatką ze stanami depresyjnymi. I tak samo jak Chylińska zrobiłam już sobie kilka przewrotów kopernikańskich w życiu. I ostatecznie muzyki można słuchać różnej, ale głupot gadać to jednak nie wypada.
15-11-2009
Teatrzyk Radykalny Szparag przedstawia: Opery stołeczne
Dramatis personae:
Sykofanta
Synafia
Przejście podziemne
Przechodnie
Sykofanta: I po co ci festiwal „Opera rara” w Krakowie? Tutaj masz codziennie nieustającą operę „Wszystko cuchnie i śmierdzi”.
Synafia: To moja ulubiona opera Verdiego! Uwielbiam też Wagnera „Wszystko skrzypi i rzęzi”.
Sykofanta: A ja uwielbiam operę Mozarta „Mnie się spieszy bardziej niż innym”.
Synafia: O tak, pamiętasz tę arię głównej bohaterki? „Biegnę po schodach ruchomyyyyyyyyyyyych! Spieszyć się muszę do domuuuuuuuuuu! Bo zaraz zaczyna się Klan!”
Przejście podziemne: Cuchnie, śmierdzi, rzęzi i skrzypi.
Przechodnie: Spieszą się bardziej niż inni.
He kurtine!
Sykofanta
Synafia
Przejście podziemne
Przechodnie
Sykofanta: I po co ci festiwal „Opera rara” w Krakowie? Tutaj masz codziennie nieustającą operę „Wszystko cuchnie i śmierdzi”.
Synafia: To moja ulubiona opera Verdiego! Uwielbiam też Wagnera „Wszystko skrzypi i rzęzi”.
Sykofanta: A ja uwielbiam operę Mozarta „Mnie się spieszy bardziej niż innym”.
Synafia: O tak, pamiętasz tę arię głównej bohaterki? „Biegnę po schodach ruchomyyyyyyyyyyyych! Spieszyć się muszę do domuuuuuuuuuu! Bo zaraz zaczyna się Klan!”
Przejście podziemne: Cuchnie, śmierdzi, rzęzi i skrzypi.
Przechodnie: Spieszą się bardziej niż inni.
He kurtine!
05-11-2009
Rozmowy głuchych czyli internetowy dialog ateistyczno-teistyczny
Jestem luteranką, ochrzczoną w 26 roku życia. Mój mąż jest chrześcijaninem poszukującym, wychowanym w rodzinie katolickiej. Nasza córka jest ochrzczona jako luteranka. Jej matka chrzestna jest katoliczką, a ojciec chrzestny jest prawosławny.
Mama mojego męża jest katoliczką. Moja mama jest osobą poszukującą. Mój tata był zdeklarowanym ateistą, tak jak jego rodzice. Moja siostra deklaruje się jako osoba niewierząca.
Moje najbliższe przyjaciółki to katoliczki, które znają mnie od czasów dziecięctwa i wczesnej młodości, czyli od czasów, gdy deklarowałam się jako agnostyk. Tzw. przyjaciel domu czyli Sykofanta jest agnostykiem. Wśród naszych znajomych są osoby wierzące, agnostycy, ateiści i osoby, których kwestie Boga w ogóle nie obchodzą.
I nikt się do tej pory nie dość, że nie zabił ani nie pobił, to wszyscy normalnie funkcjonują. Da się? Da się. I nie trzeba ku temu żadnych nadludzkich wysiłków. O co więc ciągle drzeć szaty?
A szaty darte są w necie masowo, tak że zza stosów szmat nie widać już nijak żadnego sensu. Zastanawiam się, po co ludzie piszą blogi w całości poświęcone zwalczaniu ateistów lub zwalczaniu chrześcijan. Kiedy nie byłam chrześcijanką, żadne obelgi rzucane pod adresem ateistów nie były w stanie nakłonić mnie do zmiany zapatrywań. Odkąd jestem chrześcijanką, żadne obelgi pod adresem wierzących nie są w stanie zmienić mojej wiary. Jestem przekonana, że żaden ateista i żaden wierzący nie porzuci swoich przekonań tylko dlatego, że w 10 blogach przeczyta, ze jest tępym wałem. Efekt może być tylko odwrotny, i myślę, za autorzy tych wirtualnych krucjat dobrze o tym wiedzą. Po co więc piszą? Żeby przekonywać już przekonanych? Też chyba nie, bo byłoby to tyleż niepotrzebne, co nudne. Może więc chodzi o to, by powiedzieć: „jestem wierzący/niewierzący i to nie czyni mnie zwyrodnialcem, jak próbujecie mi wmówić”? Byłabym nawet skłonna w to uwierzyć, ale znowu wszyscy dobrze wiemy, że obrzucając adwersarzy tonami nawozu nie udowodni się wcale swej wyższości ni kultury osobistej. Motywacje blogowej świętej i świeckiej inkwizycji są więc dla mnie zagadką.
No ale gdy czyta się po raz enty, że się jest niebezpiecznym a tępym ciulem, to się ma ochotę jednak coś na ten temat powiedzieć. Więc powiem. A moim zdaniem wygląda to tak:
1. Rozdział państwa i kościoła jest rzeczą jak najbardziej pożądaną. Nikt nie ma prawa zmuszać kogokolwiek do wyznawania jakichkolwiek poglądów. Wszystkie poglądy są tak samo równoprawne i zasługują na szacunek.
2. Nawet jeśli Bóg nie stworzył świata w 7 dni, to nie znaczy, ze nie mógł go stworzyć wcale w jakiejś innej formie (np. dając początek materii ożywionej).Nawet jeśli Bóg nie stworzył świata w 7 dni, to nie znaczy, że możemy krzywdzić innych ludzi (do czego się w praktyce sprowadza nauka Chrystusa – miłuj bliźniego swego i miłuj nieprzyjaciela swego). Wiara i nauka to są dwa różne porządki, których mieszanie wydaje się być powodowane całkowitym niezrozumieniem jednego lub drugiego, lub obu na raz. To, że się wierzy w Boga, nie znaczy, ze się „nie wierzy w grawitację”.
3. Naprawdę nic mi do tego, w co kto wierzy lub nie wierzy, tak długo, jak nie krzywdzi nikogo innego. Każdy ma prawo podejmować decyzje dotyczące SWOJEGO życia – w momencie, gdy decyzje te w znaczący sposób zmieniając tez życie innych, trzeba powiedzieć STOP i się zastanowić przez moment.
Tyle mam do powiedzenia w temacie.
Dziękuję uprzejmie za uwagę.
Mama mojego męża jest katoliczką. Moja mama jest osobą poszukującą. Mój tata był zdeklarowanym ateistą, tak jak jego rodzice. Moja siostra deklaruje się jako osoba niewierząca.
Moje najbliższe przyjaciółki to katoliczki, które znają mnie od czasów dziecięctwa i wczesnej młodości, czyli od czasów, gdy deklarowałam się jako agnostyk. Tzw. przyjaciel domu czyli Sykofanta jest agnostykiem. Wśród naszych znajomych są osoby wierzące, agnostycy, ateiści i osoby, których kwestie Boga w ogóle nie obchodzą.
I nikt się do tej pory nie dość, że nie zabił ani nie pobił, to wszyscy normalnie funkcjonują. Da się? Da się. I nie trzeba ku temu żadnych nadludzkich wysiłków. O co więc ciągle drzeć szaty?
A szaty darte są w necie masowo, tak że zza stosów szmat nie widać już nijak żadnego sensu. Zastanawiam się, po co ludzie piszą blogi w całości poświęcone zwalczaniu ateistów lub zwalczaniu chrześcijan. Kiedy nie byłam chrześcijanką, żadne obelgi rzucane pod adresem ateistów nie były w stanie nakłonić mnie do zmiany zapatrywań. Odkąd jestem chrześcijanką, żadne obelgi pod adresem wierzących nie są w stanie zmienić mojej wiary. Jestem przekonana, że żaden ateista i żaden wierzący nie porzuci swoich przekonań tylko dlatego, że w 10 blogach przeczyta, ze jest tępym wałem. Efekt może być tylko odwrotny, i myślę, za autorzy tych wirtualnych krucjat dobrze o tym wiedzą. Po co więc piszą? Żeby przekonywać już przekonanych? Też chyba nie, bo byłoby to tyleż niepotrzebne, co nudne. Może więc chodzi o to, by powiedzieć: „jestem wierzący/niewierzący i to nie czyni mnie zwyrodnialcem, jak próbujecie mi wmówić”? Byłabym nawet skłonna w to uwierzyć, ale znowu wszyscy dobrze wiemy, że obrzucając adwersarzy tonami nawozu nie udowodni się wcale swej wyższości ni kultury osobistej. Motywacje blogowej świętej i świeckiej inkwizycji są więc dla mnie zagadką.
No ale gdy czyta się po raz enty, że się jest niebezpiecznym a tępym ciulem, to się ma ochotę jednak coś na ten temat powiedzieć. Więc powiem. A moim zdaniem wygląda to tak:
1. Rozdział państwa i kościoła jest rzeczą jak najbardziej pożądaną. Nikt nie ma prawa zmuszać kogokolwiek do wyznawania jakichkolwiek poglądów. Wszystkie poglądy są tak samo równoprawne i zasługują na szacunek.
2. Nawet jeśli Bóg nie stworzył świata w 7 dni, to nie znaczy, ze nie mógł go stworzyć wcale w jakiejś innej formie (np. dając początek materii ożywionej).Nawet jeśli Bóg nie stworzył świata w 7 dni, to nie znaczy, że możemy krzywdzić innych ludzi (do czego się w praktyce sprowadza nauka Chrystusa – miłuj bliźniego swego i miłuj nieprzyjaciela swego). Wiara i nauka to są dwa różne porządki, których mieszanie wydaje się być powodowane całkowitym niezrozumieniem jednego lub drugiego, lub obu na raz. To, że się wierzy w Boga, nie znaczy, ze się „nie wierzy w grawitację”.
3. Naprawdę nic mi do tego, w co kto wierzy lub nie wierzy, tak długo, jak nie krzywdzi nikogo innego. Każdy ma prawo podejmować decyzje dotyczące SWOJEGO życia – w momencie, gdy decyzje te w znaczący sposób zmieniając tez życie innych, trzeba powiedzieć STOP i się zastanowić przez moment.
Tyle mam do powiedzenia w temacie.
Dziękuję uprzejmie za uwagę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


