01.03.2016

O zawieszeniu

Kochane i Kochani moi, którzy tu jeszcze zaglądacie.

Zorientowaliście się już na pewno, że stopniowo przestaję pisać. Dzieje się tak, ponieważ mój zasób słów do napisania uległ wyczerpaniu. Przez 7 lat pisałam do Was i do siebie samej zarazem, i to pisanie dawało mi wiele radości. Jeszcze większą radość dawały mi rozmowy z Wami - te w komentarzach na blogu, te w mailach, czasami nawet telefoniczne lub "w realu". To był wspaniały okres, w którym poznałam wspaniałych ludzi - i tych właśnie ludzi czyli Was żal mi teraz opuszczać.

 Nie wiem, czy opuszczam Was na zawsze, czy może kiedyś wrócę. Nie wiem też, czy wróci Synafia,  czy może wrócę w jakiejś innej postaci. Na ten moment nic nie wiem oprócz tego, że nadszedł w moim życiu czas słuchania, myślenia, milczenia - ale nie pisania. Z tego powodu nie widzicie mnie ani tutaj, ani na swoich blogach - czytam, ale nie piszę. Nie mam w sobie sensownych słów.

Niemniej moja skrzynka mailowa pozostaje otwarta, jeśli ktoś chciałby tak po prostu napisać czy pogadać o niczym. Może nie odpiszę pięknie i erudycyjnie, ale odpiszę. Tak, jak teraz potrafię.

Zostawiam Synafię otwarta do czytania - a nuż się komuś przyda?

Ściskam Was wszystkich mocno i do zobaczenia jeszcze kiedyś!


24.01.2016

O tym, że tylko dzisiaj jest wieczność


Wybrałam się dziś na samotny spacer po zimowym lesie. Bardzo potrzebowałam ciszy i samotności choć na godzinę. Jestem co prawda typowym ekstrawertykiem, ale nawet typowy ekstrawertyk potrzebuje czasem usłyszeć myśli we własnej głowie. O co trudno, gdy się nie nieustannie rozmawia z kimś innym, niż ja sama. 

Przez pierwsze pół godziny odczuwałam głównie bieganinę myśli w głowie – ścigały się chyba, tupały, podstawiały sobie nogi… dałabym słowo, że trzaskały drzwiami! Po jakimś czasie jednak uspokoiły się i ucichły. Pojawiły się za to nowe. Te nowy były tak jakby… starsze. 

Gdy przystawałam, żeby wysłuchać dzięcioła albo przyjrzeć się ośnieżonym drzewom, gdy wciągałam nosem mroźny, lekko jakby przydymiony zapach lasu, przyszła do mnie myśl o tym, że oto właśnie jest życie i oto właśnie jest – wieczność. Nie ma sensu w swoim istnieniu szukać przyczyny i celu. Nie ma sensu skupiać się na szukaniu… sensu. To, co jest tu i teraz – jest. Tylko to jest tak naprawdę realne – przeszłość nie jest już dla nas w pełni dostępna, a przyszłość może nie istnieć wcale. Tylko teraz żyjemy naprawdę.


  1. Tylko dzisiaj postaram się wyłącznie żyć dniem dzisiejszym, nie chcąc rozwiązywać za jednym zamachem wszystkich problemów mego życia.
  2. Tylko dzisiaj maksymalnie zatroszczę się o moją postawę: być uprzejmym, nikogo nie krytykować, ani tego nie pragnąć, nie uczyć karności nikogo poza samym sobą.
  3. Tylko dzisiaj będę szczęśliwy w przekonaniu, że zostałem stworzony, aby być szczęśliwym i to nie tylko w przyszłym świecie, ale również teraz.
  4. Tylko dzisiaj przystosuję się do okoliczności i nie będę domagał się by to one przystosowały się do moich planów.
  5. Tylko dzisiaj przeznaczę przynajmniej dziesięć minut na dobrą lekturę, pamiętając, że jak pokarm potrzebny jest do życia ciała, tak dobra lektura potrzebna jest do życia duszy.
  6. Tylko dzisiaj uczynię coś dobrego i nikomu o tym nie powiem.
  7. Tylko dzisiaj uczynię przynajmniej jedną z tych rzeczy, których czynić nie lubię, a jeżeli moje zmysły czułyby się pokrzywdzone, postaram się, aby nikt się o tym nie dowiedział.
  8. Tylko dzisiaj sporządzę szczegółowy plan dnia. Może nawet nie wypełnię go dokładnie, ale zredaguję. Będę się strzegł dwóch nieszczęść: pośpiechu i niezdecydowania.
  9. Tylko dzisiaj będę wierzył niestrudzenie, nawet gdyby okoliczności mówiły co innego, że Opatrzność Boża opiekuje się mną tak, jakby nikogo innego na świecie nie było.
  10. Tylko dzisiaj nie będę się lękał. Szczególnie zaś nie ulęknę się radować pięknem i wierzyć w dobro.
Jan XXIII


Przyszło mi też do głowy wspomnienie rozmowy z kolegą A., który wpadł na myśl absolutnie genialną – skoro dusza jest nieśmiertelna, jest nieśmiertelna przez cały czas, nie staje się nią dopiero po śmierci ciała. A zatem już tu i teraz mamy – dzięki naszej nieśmiertelnej duszy – udział w wieczności. Czas jako taki, jego „kiedyś” i jego „potem” tak naprawdę nie istnieje. Jesteśmy tylko teraz. I to w pełni wystarcza do szczęścia. 


Tak więc tu i teraz zatrzymajmy się i ucieszmy z tego, co jest. Bo jest na świecie, jest w życiu każdego z nas – i cierpienie, i szczęście, i strach, i miłość, i brzydota i piękno. A to wszystko, a my z tym wszystkim, zanurzeni jesteśmy w Wieczności, której na imię jest Dobro. Wiara, Nadzieja i Miłość. Z nich wszystkich zaś najsilniejsza jest Miłość. 


A w lesie było tak:



 

04.01.2016

O tym, że się wyspałam

Otóż wyspałam się!


fot. Austin Schmid

Taki mam pyszny świąteczny urlop za sobą, że się wysypialiśmy, jedliśmy, spotykaliśmy z przyjaciółmi oraz czytaliśmy książki – udało mi się nawet dotrzeć do biblioteki 31 grudnia i zrobić zapas książek na nowy rok. Tak więc spędzałam dnie i wieczory z ulubionym Małżonkiem i Dziewczętami, które - wyspane i najedzone - były dla rodziców swych pełne miłosierdzia. A także z choinką, bigosem, pierniczkami, Pilchem, nową (starą?) Bridget Jones i Malalą Yousafzai (wiem, wiem, zestawienie zaiste dziwaczne i trącące pomięszaniem psychicznym) - same dobre rzeczy! Udało mi się nawet pobiegać dwa razy, przy czem drugi bieg nastąpił 1 stycznia, przy temperaturze -15 i wyniósł prawie 6 km, toteż dumna jestem z tego powodu i blada. Chuda nie, chuda nie jestem ni trochę, przeciwnie raczej, bo przecież bigos, pierniczki i jeszcze więcej bigosu. Gdyż albowiem kocham bigos miłością ogromną. A Małżonek mój robi bigos najlepszy na świecie!

Taka jestem więc wypoczęta i wyspana, niczym to dziewczę wszeteczne z Pargrafu 22, co się w nim kochał kpt Nately – co jędzą była okropną z niewyspania, a jak raz się jej Nately dał wyspać porządnie, to zmieniła się w anioła i buchnęła z niej czysta miłość i radość życia.


Oby mi ten stan wypoczęcia i wyspania pozostał na dłużej, czego i Wam, Drogie i Drodzy, serdecznie w nowym roku życzę - wyspania, wypoczęcia, miłości i z życia radości! 




23.12.2015

O narodzinach nadziei

Ciężko mi ostatnio zaglądać do internetu...  mamy swoje własne, rodzinne problemy, a tymczasem świat wokół zdaje się taki trudny i ciężki do zrozumienia. Myślę sobie, że im musiało być jednak stokroć ciężej. Tylko we dwoje, w nieprzyjaznym świecie, bez dachu nad głową - i z nowo narodzonym dzieckiem. Czy bardzo się bali? Czy czuli się samotni i słabi? Czy z niepokojem patrzyli w przyszłość? Zapewne tak. 

Ale znaleźli w sobie siłę, znaleźli nadzieję, zapewne tak jak my wszyscy - z miłości. Z miłości do swojego syna. I z miłości Syna do nich. Bo to małe, bezbronne dziecko miało zmienić wszystko, miało przynieść nadzieję - nie tylko im, ale całemu światu.

Ten czas jest trudny nie tylko dla mojej rodziny. Jest trudny dla wielu znanych mi ludzi, którzy przeżywają rodzinne tragedie, choroby swoje i choroby bliskich osób, strach, poczucie odrzucenia... Jest trudny dla obcych mi ludzi uciekających przed złem, bojących się zła, tracących zaufanie i wiarę w bezpieczny świat obok. Jest trudny zwłaszcza, gdy się śledzi na bieżąco medialne doniesienia o wojnach - tych realnych i tych w głowach, o zaginięciach, wypadkach, zagrożeniach... Założę się, że wielu z Was martwi się czasem i lęka tak jak ja. Tak jak lękali się też samotni rodzice ponad 2000 lat temu w Betlejem.

Ale w każdym strachu, w każdym świecie - jest nadzieja. Ja czerpię nadzieję z tego samego źródła, z którego czerpali oni. I Wam na te Święta życzę przede wszystkim - nadziei. Trzymajmy się. Nie dajmy się przeciwnościom i strachom. Pielęgnujmy w sobie miłość, dobro i radość. O to w tych Świętach, o to w naszych życiach, o to w tym wszystkim chodzi.

Carlo Maratta "Świeta noc"

29.11.2015

O Adwencie, sensie życia i o filcowych skarpetach


Odbyłam ostatnio krótką rozmowę z ważną dla mnie osobą, o „ważnych rzeczy robieniu”. Każda z nas ma bowiem poczucie, że robi w swoim życiu za mało, za mało ważnych rzeczy. Oczekujemy od siebie więcej, niż  - w naszym odczuciu – z siebie dajemy. A przecież w koło tylu ludzi, bliskich i mniej bliskich, a czasem i obcych, którzy potrzebują pomocy i wsparcia.  A tu człowiek tak ledwo, ledwo coś z siebie krzesze.

Myślałam dziś o tej rozmowie, szyjąc z kolorowego filcu skarpety świąteczne dla dzieci. Myślałam sobie: „Pffff… skarpety. Oto pierwszy dzień Adwentu, mojego ulubionego czasu w roku. A tu, z powodu grypy, co mnie podstępnie rozłożyła na ostatni tydzień, nawet wieńca adwentowego nie ma jeszcze. Nie pali się pierwsza świeca, jak u innych.  Nie ma też kalendarza adwentowego, co go od paru lat planuję zrobić po raz pierwszy w życiu i również w tym roku – nie zrobiłam. Miałam chociaż z dziećmi porobić ozdoby świąteczne z kolorowego filcu, tymczasem posiedziałyśmy razem godzinkę, a potem dziewczyny rozpierzchły się do swoich spraw, a ja zostałam z tą skarpetą. Krzywą zresztą.”

No lipa, po prostu lipa. 

I tak szyjąc tę skarpetę, przypomniałam sobie dowcip, który mi opowiedział kolega z Ukrainy. Dowcip idzie tak:

Pewien człowiek umarł i stanął przed Panem Bogiem.

Zebrał się więc na odwagę i pyta: Boże, czy mogę Ci zadać jedno pytanie?

-Tak- odpowiedział Bóg – Pytaj, o co chcesz.

-Po co ja żyłem? Jaki był sens mojego życia? – zapytał człowiek.

Na to Bóg odrzekł:

-Pamiętasz, jak raz w życiu byłeś w Petersburgu?

-Tak.

-I pamiętasz, jak poszedłeś do eleganckiej restauracji?

-Tak, pamiętam.

- A czy pamiętasz, że stolik obok siedział taki człowiek, i ten człowiek cię poprosił, żebyś mu podał sól?

-Tak, jak przez mgłę pamiętam, że tak było.

-I pamiętasz, co wtedy zrobiłeś?

-Podałem mu sól.

-No widzisz. I to właśnie było Twoje zadanie na ziemi. To był sens Twojego życia.

Koleżankę ten dowcip zasmucił. „To straszna wizja!” powiedziała. A mnie z kolei ubawił i napełnił poczuciem ulgi. Pomyślałam sobie, że kto wie, może tak właśnie jest? Każdy z nas ma do spełnienia jakieś zadanie na ziemi, ale to zadanie to niekoniecznie jest od razu wynalezienie nowego leku albo zbudowanie szpitala w Afryce. Może to moje, Twoje zadanie jest prostsze, niż nam się wydaje? Może wykonujemy je, nawet nie wiedząc o tym? A cała reszta życia jest dla nas od Pana Boga – w prezencie. Możemy z nim zrobić, co chcemy. Możemy w spokoju zaparzyć sobie herbatę i pomyśleć „Nie zarabiam kupy pieniędzy, nie wyjeżdżam na misję, nie piszę wielkich dzieł literatury – i to jest ok. Bo i mnie, nawet z moimi małymi talentami, tymi niepozornymi, Bóg chce na tej ziemi. ”

Jutro kupię, mam nadzieję, gotowy wieniec adwentowy. Kalendarz w tym roku odpuszczę. Dokończę drugą skarpetę. I obejrzę rekolekcje o. Szustaka, które w tym roku, jak wynika z zapowiedzi, będą o świętości prostego życia, o tym, że Bóg jest z nami w każdej drobnej rzeczy i nie ma dla niego rzeczywistości „nieświętej”. 

Nie musimy być Atlasami.  Róbmy po prostu swoją robotę dobrze i z sercem. I to wystarczy. 

Dobrego Adwentu! 

źródło www.pexels.com



11.11.2015

O tym, co w środku


Dawno nic nie pisałam i po prawdzie - nie wiem, kiedy i czy w ogóle pisać nadal. Nie mam bowiem nic sensownego do powiedzenia. Dziś w końcu złapałam dzień oddechu i postanowiłam tak po prostu podzielić się z Wami tym, co się dzieje u mnie, w środku. Nawet, jeśli nie jest to nic ważnego ani wiekopomnego. 

Sprawa wygląda tak, że rzeczy się zmieniają i - być może - ja również się zmieniam. Czuję tę zmianę bardziej, niż ją widzę lub rozumiem. Dragonella napisała kiedyś w komentarzu o tym, że zmiany następują co 7 lat.  Może coś w tym jest? Synafia, czyli ta część mnie, którą widzicie w tym, co piszę, ma właśnie 7 lat. Po tych 7 latach zastanawiam się, na ile tożsame są Synafia i Marta, bo tak właśnie mam na imię. Zastanawiam się nad tym właśnie dzięki Dragonelli, która napisała mi o tym, jak postrzega mnie na podstawie tego, co piszę. I był to obraz jaśniejszy i piękniejszy niż ten, który widzę codziennie patrząc w lustro. Czy jest więc Synafia formą oszustwa? Bardzo serio zadaję sobie to pytanie. 

Mam świadomość tego, że pisząc, porządkuję sobie w głowie - robiłam to od zawsze. Tak więc owoc mojego pisania jest uporządkowaną, uspokojoną i przyjemniejszą wersją mnie samej. To jest właśnie Synafia. Wersja eksportowa. 

Tymczasem jednak, w codziennym życiu, wcale nie jestem bardzo uporządkowana i uspokojona. Jestem gadatliwa i głośna. Z tendencją do rubaszności. Mam upodobanie do przekory. I lubię zachowywać się głupawo. Np. ścigać się na krzesłach biurowych po korytarzu. Jestem bardzo podatna na bodźce - zachwyca mnie widok za oknem, robię zdjęcia kwiatków, a muzyka działa na mnie jak środki psychoaktywne. Jednocześnie jestem nadwrażliwa - boli mnie hałas, boli mnie bałagan i bardzo bolą mnie rożne ludzkie błędy i niesprawiedliwości, te, które popełniam ja sama, i te, które popełniają obcy mi ludzie. A kiedy mnie coś za mocno dotyka - potrafię płakać i krzyczeć. I cisnąć czymś w ścianę. Wiem też, że gadam za dużo, myślę za dużo i wszystko za mocno analizuję. Myślenie to często moja ucieczka od czucia. Bo czucie czasami mnie przygniata i przerasta.

Z tym wszystkim próbuję ostatnio się uporać. Próbuję się wyciszyć i znaleźć równowagę między czuciem i myśleniem. Między wrodzonym ekstrawertyzmem i potrzebą bycia tylko ze sobą. Między poczuciem obowiązku i potrzebą odpoczynku. Między tym wszystkim, co stanowi treść życia - i każdy z nas uczy się jakoś to balansować. 

Dla mnie metodą balansowania jest ostatnio bieganie i nauka medytacji chrześcijańskiej. Staram się mniej mówić, a więcej słuchać. Staram się nie działać gwałtownie i przestać się ciągle spieszyć. Nie jem też mięsa od ponad roku i dobrze mi to robi.

Czuję też, że nadszedłw moim życiu czas skupienia się na realnym tu i teraz. Że moi bliscy potrzebują więcej mojej uwagi i zaangażowania - zwłaszcza dzieci, ale i zapracowany mąż, i mama oraz dziadek, mocno przeżywający śmierć babci, i siostra, z którą chyba za mało sobie dajemy zrozumienia, i teściowa, która jest chora i bardzo się o nią boję, i przyjaciele, którzy przeżywają także swoje problemy i chciałabym dać im tyle wsparcia, ile umiem. I jestem jeszcze ja, która też sama od siebie potrzebuję uwagi i troski - codziennej medytacji, dobrego jedzenia, wewnętrznego spokoju. Czasu na dobrą książkę. Wyspania się, żeby głowa dobrze działała, bo nowa praca wymaga ode mnie i kreatywności, i skupienia, i dokładności i wytrzymałości psychicznej.

Dużo tego? Dla mnie dużo. Nie wiem, jak w tym wszystkim odnaleźć się z pisaniem. Nie ukrywam, że bardzo lubię pisać - to dla mnie forma terapii, szukania kontaktu ze światem innym niż mój, porządkowania sobie obrazu rzeczywistości. 

Tylko czy to moje pisanie ma nadal sens? Tego właśnie nie jestem pewna. 

Dlatego wybaczcie mi, jeśli coraz częściej milczę. To nie dlatego, że przestałam lubić ten nasz wspólny blogowy świat, albo że przestało mi nagle zależeć. 

Zwyczajnie – pogubiłam się  trochę w sobie, w środku. W Marcie. A jak już się odnajdę, to nie wiem, co znajdę, i to też mnie trochę niepokoi.

A u Was, wszystko dobrze? Mam nadzieję, że tak!

12.10.2015

O jesieni

Jesień nadeszła na dobre. Liście zaczęły się w końcu żółcić i czerwienić. Poranki zrobiły się więcej niż rześkie, a wieczory rozkosznie melancholijne. Codziennie strzępki myśli przebiegają mi wraz z wiatrem po głowie, ale ulatują gdzieś szybko. Nic mądrego nie zostaje. Tylko zachwyt, ten sam od lat, nad spokojnym, majestatycznym, jesiennym pięknem. Nad kolorem bakłażana. Nad złoceniami koron drzew. Nad zapachem liści. Nad delikatną koronką zamglonego jesiennego powietrza.



A ja się tymczasem starzeję. Coraz więcej mam w sobie pragnienia, żeby usiąść i patrzeć, bez chęci rozumienia za wszelką cenę, bez chęci kontroli. Coraz gorzej znoszę hałas, bałagan i pośpiech. Coraz trudniej mi spiąć w całość różne, czasem mocno odmienne potrzeby, pragnienia, obowiązki.

Czasem zastanawiam się, czy nie powinnam z czegoś zrezygnować. Czy przypadkiem nie tracę z oczu czegoś ważnego. Czy nie wpadłam w jakąś koleinę, z której boję się zboczyć tylko dlatego, że mam silnie rozwiniętą potrzebę bycia konsekwentną.

A innym razem myślę sobie, że może jestem po prostu leniwa. Zasypiam wieczorami w ubraniu, na łóżku Giganny, zamiast się wziąć w garść i – nie wiem – poczytać, pobiegać, zrobić na drutach szalik albo odnaleźć sens życia.

Bo ja się w tym życiu jakoś nie umiem uporządkować. Raz się nim zachwycam. Innym razem się go boję. Gdy czytam o polityce Putina i o sytuacji w Syrii. Gdy dowiaduję się, że pod szkołą mojego dziecka grasują pedofil oraz bandyta, co grozi dzieciom nożem i okrada je z pieniędzy. Gdy myślę o tym, ze coś złego mogłoby stać się moim bliskim. Gdy wyrzucam sobie, że moich bliskich zawodzę, że nie dość z siebie daję, że nie dość się staram. Gdy mam wrażenie, że wszystkie wysiłki obracają się w proch.

A potem, z Bożą pomocą, jakoś się uspokajam i znów się zachwycam – złotym liściem, śmiechem dzieci, zapachem kawy, muzyką. I za wszystko to – codziennie dziękuję. Jeśli jest w życiu jakiś sens, to może tylko ten właśnie. Żeby być wdzięcznym za to, co jest, i płynąć z wiatrem. Kto wie, może i ja się kiedyś nauczę.