O budowaniu mostów zamiast murów



Tak już mam, że odkąd pamiętam, nie lubiłam gier zespołowych. Nigdy nie należałam do żadnej drużyny -  ani w sporcie, ani w żadnej innej dziedzinie. Nigdy nie poznałam tego podobno bardzo przyjemnego uczucia, kiedy "my wygrywamy" a "oni przegrywają". Nigdy nie czułam się pełnoprawnym członkiem "tych, którzy mają rację" - choć czasem dałam się porwać przyjemnej iluzji. Zwłaszcza, kiedy byłam młodsza, łatwiej było mi oszukiwać siebie samą, że wiem lepiej, że mam odpowiedzi, a już zwłaszcza, że rozumiem i mam prawo osądzać motywacje innych. Byłam gotowa krzyczeć hasła i iść z pochodem na barykady. Dziś już nie. Dziś nawet wtedy, gdy jestem pewna tego, co myślę na dany temat, nie czuję, że „gram w czyjejś drużynie” – mogę odpowiadać jedynie indywidualnie za samą siebie. 

Im jestem starsza, tym trudniej mi się oszukiwać. Piszę to z pewną goryczą, bo wraz ze świadomością, że wcale nie wiem, nie rozumiem wszystkiego, a co gorsza, że czasem nie rozumiem też samej siebie – przychodzi też poczucie samotności. Tym większej, że czuję, iż innym jest także trudno zrozumieć mnie. A chyba każdy z nas chciałby się czuć w jakimś sensie zrozumiany, zaakcpetowany. Nie osądzany. Przyjęty. 

Dlatego coraz rzadziej mówię, a coraz częściej słucham. Czasem słucham, mimo, że kompletnie się nie zgadzam. Że budzi się we mnie naturalna chęć do wprowadzenia „korekty”, do „wytłumaczenia świata” – choć przecież wiem, iż każdy z nas tego świata doświadcza w nieco inny sposób. Dlatego staram się powstrzymać  z osądem, z „korektą” – i po prostu przyjąć czyjeś doświadczenie, postarać się choć trochę zrozumieć. Dopiero, jeśli uda mi się znaleźć wspólny grunt i w miarę go zabezpieczyć, zaczynam mówić. Staram się, żeby to mówienie miało funkcję budowania mostu, a nie muru, szukania wspólnej drogi, a nie „przejęcia wrogiego terytorium”. 

To wszystko się łatwo pisze, ale znacznie trudniej robi. Zwłaszcza trudno jest wysłuchać kogoś, z kim się fundamentalnie nie zgadzam. A jeszcze trudniej jest mi komuś się do tego przyznać – tak, rozmawiam z „wrogiem”. Rozmawiam z „lewakiem”, „katolem”, z „moherowym beretem”, z „kibolem”. Tak, w każdym z tych ludzi staram się – z różnym powodzeniem – zobaczyć coś więcej, niż pogląd, z którym się nie zgadzam. Staram się widzieć historie, emocje, motywacje, lęki, nadzieje. Staram się zobaczyć częstkę samej siebie. I wiecie co? Zazwyczaj znajduję. 

Zdumienie i sprzeciw, a wręcz gniew, z jakim się czasem spotykam, gdy się do tego przyznaję, bywają dla mnie trudne do zniesienia.  Bywa, że zostaję uznana za zdrajcę, w najlepszym razie za „pożyteczną idiotkę”. Taka reakcja spotyka mnie czasem ze strony osób bez względu na światopogląd, jaki wyznają – zarówno wierzących, jak niewierzących, liberalnych i konserwatywnych, „lewicowych” i „prawicowych”. 

Kiedyś bardzo bym się o to czepiała – krzyczałabym pewnie coś o hipokryzji. Dziś jednak staram się studzić emocje i zrozumieć. Przecież wszyscy chcemy się czuć zrozumiani, prawda? I akceptowani. I przecież wszyscy chcemy mieć rację. 

Czy to znaczy, że coś takiego jak prawda nie istnieje? Że wszystko jest względne? Że wszystko jest tak samo uprawnione? Nie, ja tak nie uważam. Ja jestem przekonana, że istnieją dobro i zło, że istnieją fakty i fałsze, że to, jakie drogi wybieramy, nie jest bez wagi i bez znaczenia. Uczę się jednak, że jeśli chcemy żyć wspólnie, w pokoju, na jednej planecie, musimy nauczyć się ze sobą porozumiewać, mimo różnic – i negocjować ze sobą, zamiast się niszczyć . A to wymaga wysiłku, wymaga patrzenia dalej, niż na swoje racje, wymaga patrzenia w serce własne i serce drugiego człowieka, nawet tego najbardziej znienawidzonego. Inaczej będziemy skazani na ciągłą wojnę i ciągłe cierpienie. A cierpienia i wojny ja nie życzę nikomu – ani sobie, ani tym, którzy się ze mną zgadzają, ani tym, którzy mają odmienne poglądy, ani tym, którzy mnie samej źle życzą.  

A tym, którzy chcieliby ze mną budować mosty, zmiast murów, polecam książkę, która swojego czasu otworzyła mi oczy na wiele aspektów: "Prawy umsył. Dlaczego dobrych ludzi dzieli religia i polityka?" Jonathana Haidta. 

Odpocznijcie na wakacjach, Kochani! 

Komentarze

  1. Pokusa monopolizowania prawdy jest bardzo duża i trudno jest zdobyć się na spojrzenie czyimiś oczyma - wiem to z autopsji. Odpocznij na wakacjach również Ty Synafio:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! :)

      To prawda, to trudne, a im ważniejszy dla nas temat w dyskusji, tym trudniejsze się to staje. Też to dobrze znam z autopsji.

      Pozdrowienia serdeczne!

      Usuń
    2. Wspaniale, że znów jesteś.

      Usuń
    3. Dragonello, jak dobrze Cię widzieć! <3

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

O Okruchach Dobra

O doskonałej niedoskonałości