23 kwi 2011

Czekanie

Czekanie wielkanocne powinno być czekaniem radosnym. Czekamy na zmartwychwstanie, czekamy na zwycięstwo miłości nad śmiercią.

Tymczasem pewna bardzo mi bliska rodzina czeka na OIOMie na tatę, który już drugi dzień w stanie ciężkim leży pod respiratorem.

Została modlitwa. O którą bardzo proszę.

UPDATE 27.04.
Ów tata już bez respiratora trzeci dzień, oddycha samodzielnie, jest przytomny. Cudowna, cudowna wiadomość!

22 kwi 2011

"Lud to czarne szuje, powiem ci to szczerze, nie całkiem pojmuję, skąd ten lud się bierze!"

Postanowiłam sobie wczoraj zafundować odrobinę luksusu - zanurzywszy się w wonnych olejkach i aromatycznych solach kąpielowych pobrałam do rąk swych kwietniowe Zwierciadło, z którym od czasu do czasu się przepraszam, niczym kobieta-bluszcz ze swym toksycznych kochankiem pijakiem. Co robi kochanek pijak, gdy wraca do niego skruszona kobieta-bluszcz? Bo Zwierciadło serwuje artykuł o tworzeniu więzi między matką i dzieckiem. Po którego lekturze czuję się mniwiency jak po wieczorze z kochankiem pijakiem.

Bo tak. Dziecko potrzebuje mamy. Zgoda.
Potrzebuje też taty, ale mniej. Hm. No ale ok.
Dziecko jest gotowe do krótkiej rozłąki z mamą dopiero gdy ma 3 lata. Jeśli nam się wydaje, ze nasze dziecko jest „śmiałe” i wcześniej gotowe, to znaczy, że jest patologiczne i niezdolne do tworzenia więzi ( pani psycholog mówi: Widziała pani dzieci w domu dziecka? One też są śmiałe i cały czas się uśmiechają!). Zaczynam się bać.
Dziecko, którego mama poszła do pracy przed jego 3 urodzinami nie jest w stanie tworzyć bezpiecznej więzi. Nie będzie umiało budować zdrowych relacji z innymi. To bardzo zła wiadomość dla mnie.
Łatwo poznać takie dziecko - np. w supermarkecie. Dziecko, które ma z rodzicami bezpieczną relację, idzie grzecznie z nimi, nie trzeba go wołać ani pilnować. Jeśli dziecko biega, ucieka rodzicom, psoci - to znaczy że ma „pozabezpieczną” więź z rodzicami. Na Jowisza, moje dziecko psoci i ucieka!
Dzieci oddzielone od matki stają się upośledzone.
No to mamy duży duży klops.

Ale ok, niechaj będzie. Nie jestem psychologiem, nie znam się, może i pani ma świętą rację (czy na pewno ma?). Ale ma też pani w sobie chyba świętą naiwność (o sancta simplicitas! woła się po łacinie na to). Gdyż albowiem na tym artykuł się kończy. Nic o tym, co robić, drogie Bravo, jeśli z różnych powodów rodzina nie może zrealizować planu „3 lata w domu z mamą, a potem przedszkole na 4 h dziennie”. Czy dzieci z tych rodzin są upośledzone, proszę pani psycholog? Czy rodzice tych dzieci mają szanse jakoś je przed tym upośledzeniem uchronić, szanowna pani? Czy, wysoki sądzie, wszystkie te rodziny, my, patologiczny proletariat, jesteśmy z góry skazani na socjopatię i pozabezpieczne więzi? Czy jest dla nas ratunek, czy tylko przymusowa sterylizacja lub rezerwaty?

I czy ma to coś wspólnego z tym, że w dziale moda proponujecie mi torebki za 6 tysi i okularki za 700 peelen?

20 kwi 2011

Rym cym cym

Dziobalinda śpiewa tak:

Aż w końcu znalazł się kupiec,
bo z kaczki zrobił się głupiec.

19 kwi 2011

Chce mi się

Chce mi się wyjechać gdzieś - na wieś. Wsi spokojna wsi wesoła, co w niej nie mieszkam, więc nic o niej nie wiem, a w głowie pieszczę sielskie wyobrażenia mieszczucha.

Do puszczy, do boru, do jezioru, ja muszę w końcu się ruszyć stąd, bo za oknem widzę dzień w dzień Sarajewo. Autentyczny obraz powojennego "nic", z kikutami i pustymi oczodołami opustoszałych kamienic. Dzień w dzień przekraczam magiczną linię, której kiedyś - przecież nie tak dawno! - ludzie nie mogli przekraczać, skazani na odchodzenie w samotności - a ja mam wrażenie, że ich wspomnienia jeszcze unoszą się nad dachami, wychylają się z piwnicznych okienek. I sama nie wiem, czy powolne odżyw(i)anie tych miejsc, cerowanie tej dziury i zabliźnianie rany dobrze im robi, tym zapomnianym ludziom, czy źle? Bo chyba o to chodzi, żeby żyć dalej, ale też, żeby w tym życiu, z tym prądem, nieść wspomnienie o nich? Co kiedyś tak samo byli, jak ja?

Tymczasem Sarajewo się zieleni, niemrawo, nieśmiało, ale jednak. Mam w sercu dużo czułości dla niego. Witam się z nim codziennie jak z przyjacielem. Ale.

Muszę wyjechać, choć na chwilę, albo przynajmniej przeprowadzić się do wielkiego domu z ogrodem na starej Sadybie (o!). Siedzieć na ganku, patrzeć na ogród pełen piwonii (piwonii?) i sączyć popołudniową kawę w świetle zachodzącego słońca.

Albo chociaż zbudować letni ogród na balkonie. Bo w sumie z balkonu widok mam też z tych kojących raczej. Na zieleń i na horyzont. O.

15 kwi 2011

Frankie goes to...

Spostrzegłam z niekłamanym przerażeniem, że nie umiem już odpoczywać. Gdy czasem przez przypadek wdepnę w wolnostojącą kulkę wolnego czasu, wpadam w lekką histerię, jak ktoś, kto został zaproszony na imprezę pierwszy raz od 20 lat i zastanawia się, czy to było zaproszenie podyktowane szczerą sympatią, czy też chęcią upicia, założenia gaci na głowę i spuszczenia tejże głowy w kiblu ku ogólnej uciesze okrutnej gawiedzi.

Nie umiem się zrelaksować. Jedyne, co przynosi mi ulgę, to sporządzanie listy zadań w google calendar. I porządkowanie ich, odhaczanie a potem dodawanie nowych.

Wolny czas jest dla mnie czymś mitycznym i przerażającym niczym Yeti. Może dlatego wieczorem zamiast brać kąpiel w aromatycznych olejkach i czytać relaksujące książki o gospodyniach domowych odnajdujących swą zagubioną duchowość na wycieczce w Indiach, walę się jak kłoda tam gdzie stoję, niczym narkoleptyk, żeby obudzić się rano z bólem głowy i wyrzutami sumienia? Nie mam cukrzycy ani depresji, tylko po prostu zbyt mnie stresuje myśl, że mogłabym się nie stresować?


13 kwi 2011

Ujawniam twarz!


Jedna z postaci ludzkich na tym zdjęciu to jestem ja. Sześć lat temu. Serio serio.

Sens

Rozmyślam na tym wpisem J. od kilku dni.

W wywiadzie dla TP Stefan Chwin mówi tak:
„Ja zresztą uważam, że sens życia to sprawa drugorzędna. Dużo ważniejszy jest ten ogień, który tylko czasem się w nas pali i nie wiadomo skąd go wziąć, gdy go zabraknie. To jest zresztą dzisiaj problem wielu ludzi.

Pan podsyca w sobie ten płomień? Dzięki miłości? Bo raczej nie władzy...

Bez miłości wszystko jest do niczego. Ale mnie do życia są też potrzebne dość ostre spięcia międzyludzkie. To one rozpalają we mnie iskrę, która wciąż przygasa.”

Ja myślę z kolei tak. Czy jest sens? Nie wiem. Nie widzę go zazwyczaj.

Bo w gruncie rzeczy chyba nie ma sensu. Bóg stwarza człowieka bez sensu. Bo tylko z miłości. Bez żadnych innych przyczyn i celów. Po prostu z miłości.

Podobno Matka Teresa całe życie zmagała się z poczuciem braku sensu. Robiła jednak, co robiła, z miłości do ludzi.

Czy Bóg wierzy w sens? Czy też, jak mówi Chwin, sens jest sprawą drugorzędną? Bo z nich wszystkich najważniejsza jest miłość.

Czy może miał rację De Mello pisząc, że w istocie jedyne co jest naprawdę to miłość i strach? Bóg - życie i strach przed życiem?

Ale sens? Nie widzę. Po prostu ufam. Zupełnie bez sensu.

12 kwi 2011

Komunikat o stanie

Niniejszym chciałam ogłosić, że:
1. Zatrułam się w indyjskiej knajpie (Ganesh na Ursynowie - nie idźcie tam!) i od 3 dni nie mogę nic jeść.
2. Mimo to nadal mam na sobie tonę tłuszczu, która przez zasiedzenie zyskała prawo stałego pobytu i nie mam jak jej eksmitować. Takoż z pociążowymi rozstępami. Squatują u mnie i robią se happeningi jak Łódź Kaliska. I nie, znowu nie dałam rady wstać o 6.00 rano, żeby biegać.
3. Nie dałam rady wstać o 6.00 rano, bo do 2.00 w nocy walczyłam z PITami.
4. Bo źle wypełniłam jedno okienko w programie i wyszło mi, że musimy płacić podatek, zamiast dostać zwrot! I dostaliśmy zawału i palpitacji, i do 2.00 w nocy z długopisem i kalkulatorem miotałam niczym Russel Crowe w Pięknym Umyśle, aż w końcu siłami własnemi obliczyłam, że jednak mamy ten zwrot i że źle kilknęłam jedno okienko w pieprzonym programie.
5. I nadal nie jestem bogata. Mimo tego zwrotu.
6. I dziecko mi płacze, jak idzie do przedszkola. Zła zła matka, co jej dziecko płacze. I rano do przedszkola dostojne, okrągłe mamy z kolejnymi potomkami w brzuchach odprowadzają spokojnym, niespiesznym krokiem swe rumiane i szczęśliwe pociechy, a ja ciągnę swe znękane, płaczące dziecko, pełna zazdrości i rozpaczy na raz, bo też chcę być dostojna, spokojna i mieć kolejnego potomka. A tymczasem pędzę do pracy, która daje mi poczucie, że zarabiam, ale nie daje mi poczucia, że mam tyle kasy, żeby zapraszać kolejnego potomka na ten świat.
7. I sklep internetowy wydyndał mnie i nie będę mieć ślicznych nowych Adidasów za 89 zł, bo się pan zorientował, że jednak wyprzedaże mu się nie opłacają. Więc się wycofał z transakcji. Mentula magna minax!
8. I przeczytałam raz jeszcze Bridget Jones, co ją czytałam 10 lat temu. I z przerażeniem odkryłam, że teraz to ja mam tyle lat co ona i teraz to ja jestem jedną z bohaterek (chyba Magdą, tą od „Hej Bridge, chciałam Ci powiedzieć do nocnika! Włóż kupkę do nocnika!). Aaaaaaa!
9. Aaaaaaaaaaaaaaaaaa!
10. Koniec komunikatu. Dziękuję za uwagę.

11 kwi 2011

1%




Mój 1% jak co roku idzie dla Wiktora, syna mojej kuzynki. Wiktor to dzielny chłopak jest. I bardzo dzielni są jego rodzice. I brat. Wszyscy są dzielni i godni podziwu.

Jeśli ktoś też zechce pomóc Wiktorowi, to namiary są w linku albo u mnie - mailowo.

8 kwi 2011

Oj coś leniwa głowa mi się kiwa kiedy wieje wieje wiatr

No dobra, miałam tu coś napisać. Coś o B. i A. i o naszej sięgającej czasów podstawówki burzliwej przyjaźni. Coś o tym, jak to wczoraj świętowałyśmy sukcesy A. - jej awans z ważnego stanowiska z niezłą kasą na ważniejsze stanowisko z lepszą kasą oraz jej urodziny, które nie były jeszcze trzydziestymi. I że meksykańska knajpa i alkohol i fajnie, i że taki mi dobrze imprezować z kimś, z kim piłam pierwszą wódkę, paliłam pierwsze papierosy i czyniłam pierwsze zwierzenia.

Ale wczorajsze żarcie meksykańskie i alkohol i pogoda dzisiejsza mocno brytyjska uczyniły mój mózg wiotkim i kruchym. Choć jednocześnie podobnym do budyniu. Kruchy ale budyń. Więc no. Nie da się. Sorry Gregory.

Ale Gabriel za to, o! Piękny młody Gabriel! Tata mój dawno mi już mówił, że Genesis to było z Gabrielem, a potem to była kupa, nie Genesis. I miał oczywiście rację. Czego dowody są następujące:



5 kwi 2011

Noga pana Janka

Pan Janek* każdego dnia o poranku siedzi na swoim wózku inwalidzkim przy stacji metra Centrum. W ręce trzyma kubeczek plastikowy. Na twarzy ma wyraz - czy ja wiem? - chyba pewnej determinacji, ale też trochę złości. Jakby nie do końca był pogodzony z tym siedzeniem. Zresztą, czy można się z takim siedzeniem pogodzić?

Pan Janek ma niesforną prawą nogę. Choć nie, wróć, teraz już jej nie ma. Gdy pierwszy raz zobaczyłam pana Janka, chyba rok temu, noga była jeszcze do połowy, tak do kolana. W tym czasie noga się skracała kilka razy. Tuż przed ostatnimi świętami pan Janek zniknął, nie było go 3 miesiące. Szczerze mówiąc, to martwiłam się, że zniknął na amen. Ale nie, wiosną wrócił. Tylko ta noga już nie wróciła. Bo całą zimę pan Janek spędził w szpitalu, gdzie mu tę nogę już kompletnie zlikwidowano. Bo za dużo mu narozrabiała w życiu.

Ale ona uparta jest, ta noga, co jej już nie ma. Bo nadal rozrabia i a to szwy puszczą w miejscu, gdzie była, a to rana się goić nie chce. Jakby ta noga do samego końca nie chciała odpuścić.

Jak to się stało z tą nogą - nie wiem. Czemu pan Janek nie ma rodziny i musi siedzieć przy tej stacji, z tym kubeczkiem, nie mam pojęcia. Wstydzę się zapytać, bo zawsze jest coś wstydliwego w takiej sytuacji. Ale czasem myślę, jak pan Janek wyglądał jeszcze 10, 20 lat temu? Czy miał wielkie marzenia, czy był zakochany? Co się stało, że teraz jest tu właśnie, gdzie jest? Czy ktoś o nim myśli? Czy coś po nim zostanie?

Jeśli chodzi o mnie, to zostaną mi te rozmyślania po nim. Bardzo mało przecież.

A przy tym, tak sobie myślę, czy nie jest aby tak, że każdy z nas ma taką nogę niesforną, zdradliwą, okrutną? Ja mam. Nie jest to noga i nie jest to nawet rzecz fizyczna, ale jest to „coś”, co mi psuje, rozrabia, robi koło pióra, rzuca kłody po - nomen omen - nogi. No i ja muszę się nauczyć temu mówić „stop”, żeby mnie do reszty nie zjadło. Amputować cholerstwo od razu. Żeby nie poszło za daleko. Jak w nodze pana Janka.

_____
* albo, bo w sumie przygłucha jestem, Jarek, jeśli tak, to przepraszam za pomyłkę