13 kwi 2011

Sens

Rozmyślam na tym wpisem J. od kilku dni.

W wywiadzie dla TP Stefan Chwin mówi tak:
„Ja zresztą uważam, że sens życia to sprawa drugorzędna. Dużo ważniejszy jest ten ogień, który tylko czasem się w nas pali i nie wiadomo skąd go wziąć, gdy go zabraknie. To jest zresztą dzisiaj problem wielu ludzi.

Pan podsyca w sobie ten płomień? Dzięki miłości? Bo raczej nie władzy...

Bez miłości wszystko jest do niczego. Ale mnie do życia są też potrzebne dość ostre spięcia międzyludzkie. To one rozpalają we mnie iskrę, która wciąż przygasa.”

Ja myślę z kolei tak. Czy jest sens? Nie wiem. Nie widzę go zazwyczaj.

Bo w gruncie rzeczy chyba nie ma sensu. Bóg stwarza człowieka bez sensu. Bo tylko z miłości. Bez żadnych innych przyczyn i celów. Po prostu z miłości.

Podobno Matka Teresa całe życie zmagała się z poczuciem braku sensu. Robiła jednak, co robiła, z miłości do ludzi.

Czy Bóg wierzy w sens? Czy też, jak mówi Chwin, sens jest sprawą drugorzędną? Bo z nich wszystkich najważniejsza jest miłość.

Czy może miał rację De Mello pisząc, że w istocie jedyne co jest naprawdę to miłość i strach? Bóg - życie i strach przed życiem?

Ale sens? Nie widzę. Po prostu ufam. Zupełnie bez sensu.

5 komentarzy:

  1. tak mi się teraz luźno skojarzyło, że sens, który przypisujemy, zakłada jakieś nasze oczekiwania względem tej rzeczy/idei/itd.

    z kolei Bóg kocha bezwarunkowo, a więc i bez oczekiwań, więc bez sensu (?). więc im bardziej będziemy się starali zbliżać/upodabniać do Boga, tym bardziej nie będziemy widzieli sensu? ech, trudna to ścieżka...

    OdpowiedzUsuń
  2. widzisz- ten Chwin ładnie to powiedział. Ja chyba od zawsze mam problem z sensem, to znaczy - chciałabym mieć :)
    nie umiem wierzyć w Boga, to długi temat, ale wiem/ myślę, że wiara ułatwia wiele.
    Byłam dzieckiem wychowanym w kilku religiach, do żadnej nie przywiazując się zanadto, może tu tkwi problem? W niedzielę bywałam w kościele z rodzicami, w sobotę z babcią chodziłam na msze protestanckie, przyjaciółka domu była Buddystką, a dziadek zagorzałym komunistą :). A potem zaczęłam zadawać sobie pytania i nie znajdować odpowiedzi. Z wiekiem nauczyłam się rozpoznawać pustkę i jałowość pod spodem tego, co robię, co robią inni.
    nie wiem po co żyję, ani jak żyć, niemniej jednak życie samo w sobie sprawia mi czasem przyjemność. Myślę, jak pewien węgierski (chyba!) poeta, że "w życiu jest życie jedynie coś warte".
    Ale tak naprawdę- nie wiem. I myślę, że się nie dowiem. Taka karma jak mawia mój znajomy ;))

    OdpowiedzUsuń
  3. @Miguel: Masz rację, trudna. I często się wydaje paradoksalna. A jednak gdy wierzysz, to czujesz, że innej nie ma. Przynajmniej ja tak mam.

    @J. Ja się wychowałam w rodzinie ateistów od kilku pokoleń. Dziadek mój jest zagorzałym komunistą po dziś dzień :)
    Czy wiara ułatwia? Nie wiem. Chyba w pewnym sensie rzeczywiście tak, przynajmniej z mojej perspektywy - odkąd przyjęłam chrzest, nie jest mi może "łatwiej", ale jest mi "lepiej". Cokolwiek to w zasadzie znaczy. Co nie znaczy, że nie doświadczam pustki i jałowości, tak jak Ci już pisałam w komentarzu pod Twoim wpisem.

    OdpowiedzUsuń
  4. A jak tak tylko podsumuję chyba... samego siebie : uwielbiam Stefana Chwina.

    OdpowiedzUsuń