22 kwi 2009

Być albo nie być sive de essentia


Jak to pracownicy biurowi, prowadzimy z Tomaszem często kuchenne pogaduszki o tym i owym – a to o istnieniu Boga, a to o istocie świata, a to o tym, że mleko wyszło i co-za-życie-nawet-kawy-wypić-nie-można. Przy okazji tych rozmów wypłynęła książka, którą czas jakiś temu czytałam, a mianowicie Erica-Emmanuela Schmitta „Kiedy byłem dziełem sztuki”.

Książka została mi zareklamowana jako naiwna i rzeczywiście naiwną mi się zdała –ale tylko pod względem formy i warsztatu literackiego. Zasadnicze pytania bowiem, postawione w tej książce, wcale takie naiwne nie są, a mianowicie: Co to znaczy być człowiekiem? Na jakiej podstawie można orzec człowieczeństwo lub jego brak? Czy człowieczeństwo jest zbywalne, czy można się go zrzec bądź komuś je odebrać?

Bo otóż, Panie i Panowie, na to pytanie do tej pory jakoś się nikomu nie udało odpowiedzieć. Na księżyc latamy, genom poznajemy, umiemy począć ludzką istotę „w probówce”, ale co to jest człowiek w swej istocie – nie wiemy. I stąd się biorą problemy.

Stąd się biorą także moje wyjątkowo niemodne przekonania w kwestiach zapalnych, np. w kwestii aborcji. Jestem bowiem przeciwniczką tzw. aborcji na życzenie. A to dlatego, że ja nie wiem, ani też nikt do tej pory jasno nie stwierdził, kiedy płód staje się człowiekiem (poza naiwnym założeniem niektórych, że póki w brzuchu, to nie człowiek, a poza brzuchem człowiekiem dopiero się staje – równie uprawnione byłoby stwierdzenie, że jest się człowiekiem w salonie, ale w łazience już nie). Skoro nie wiadomo, to ja osobiście nie chcę wkładać palca w gniazdko i raczej wolę uznać człowieczeństwo tam, gdzie może go nie być, niż założyć jego brak tam, gdzie może ono faktycznie już być. A skoro jest możliwe, że tymczasowy lokator macicy jest człowiekiem, to należałoby nie podejmować pewnych kluczowych decyzji za niego, jak np. czy ma on żyć czy też nie. Nie ma bowiem takiego prawa, które pozwalałoby jednemu człowiekowi podejmować takie decyzje za drugiego człowieka. Pomijam sytuacje zgoła dramatyczne, gdzie taką decyzję podjąć trzeba (czyli działanie w samoobronie – czy to wojna, czy to napad, czy ciąża zagrażająca życiu lub zdrowiu matki) – niemniej zasadą jest, że każdy o swoim życiu decyduje sam. I słusznie.

Takoż w kwestii eutanazji – niech każdy ma prawo do podjęcia decyzji o tym, czy chce żyć. Niech mnie nikt na siłę wbrew mej woli nie trzyma przy życiu, ale też proszę nie odłączać mnie od kabelków, bo mojej szwagierce wydaje się, że ja to już człowiekiem pełnoprawnym nie jestem chyba, skoro te kabelki mi są do życia potrzebne.

Tu dochodzimy do kwestii tzw. „jakości życia”. Otóż skoro nie umiemy stwierdzić, czy ktoś jest człowiekiem, czy już/jeszcze nie, to próbujemy stwierdzić, czy jego życie ma jeszcze/już wartość, którą warto byłoby chronić. Czyli, że istnieje życie godne ochrony (czytaj: zdrowy, młody, bogaty biały człowiek), i życie tej ochrony niegodne (czytaj: stary, chory, niepełnosprawny w stopniu ciężkim, jeszcze nie wyjęty z brzucha lub też mieszkaniec Iraku). Tak się jednakże składa, że o tym, czy życie danego człowieka ma pożądaną jakość, nikt się owego człowieka nie pyta. Słyszę zatem opinie, że lepiej dziecku nie urodzić się wcale niż urodzić się z zespołem Downa lub trafić do domu dziecka, że ciężko niepełnosprawne dzieci należałoby usypiać, bo „co one mają za życie” (sic!), że jak ktoś ma lat 70 to żal kasy marnować na jego leczenie, bo jego życie i tak już nic nie jest warte. Pytam się nieśmiało – a kimże jest oceniający, żeby takie wyroki wydawać? Co ja na Jowisza mogę wiedzieć na temat jakości cudzego życia?

W tym miejscu nie wstydzę się powiedzieć, że tak, jestem świeżo upieczoną chrześcijanką i przyjmę na klatę finezyjny kontrargument, że jestem dewotką wypraną z myśli. Jednocześnie zachowuję sobie prawo do uznania owego argumentu za dowód na nieumiejętność uzasadnienia swojego stanowiska. Kto zna kronikę wypadków życiowych Synafii, ten może się wszakże zastanowić nad pewnymi wypadkami, które mogły skłonić mnie do przemyśleń, a wówczas dyskusja stanie się płodną, miast być nudną wymianą haseł typu „Daj spokój”.

2 komentarze:

  1. Ha. No ogólnie, to każdy chce żyć. Pewnie taki czarny niepełnosprawny mieszkaniec Iraku nawet bardziej, bo mając życie zagrożone, być może bardziej je ceni. I powiem Ci, że ja jestem liberałem chyba - znaczy uważam, że każdy człowiek powinien robić, jak chce. Ja np chcę mieć prawo do eutanazji, jeśli podpiszę specjalny papierek przedtem, albo jeśli mruganiem dam taki znak. I do usunięcia ciąży, jeśli zagraża mojemu życiu albo ktoś mi tę ciążę zafundował siłą. Chcę mieć także prawo do zapłodnienia in vitro, jeśli inaczej nie będe mogła, a już całkiem różowo by było, gdyby za to in vitro nie brali ode mnie ciężkich milionów.
    Co do rodzenia dzieci z ciężkimi wadami genetycznymi natomiast, to uczucia mam mieszane. Bo z jednej strony - masz rację, to zapewne jest człowiek i nie można mu odmawiać prawa do życia. Z drugiej strony, bywają sytuacje ciężkie, nie każda rodzina potrafi się takim czlowiekiem zaopiekować, nie każda kobieta zniesie ciężar samotnej opieki nad takim dzieckiem (czy wiesz, że ponad 80% mężczyzn odchodzi w takiej sytuacji? ale matka odejść nie może). A jeszcze są choroby, w których dziecko będzie cierpieć ból fizyczny. A jeszcze są sytuacje, kiedy dziecko byłoby moze zdrowe, ale miałoby dwanaścioro rodzeństwa i rodzinę patologiczną, i od razu by było do tego domu dziecka oddane. W takich chwilach się waham i zaczynam jedkak rozważać jakośc jego przyszłego życia, a także jakośc życia jego przyszłej rodziny. Bo zauważ, że np w przypadku zespołu Downa też poniekąd wybieramy między życiem dziecka, a matki - czy mamy prawo dekretem prawnym odbierac jej wszystkie pozostałe lata?
    Oczywiście można chwycić się argumentów, ze skoro ludzie decydują się mieć dzieci, to powinni być gotowi i na to, i w ogóle odpowiedzialni. Ale przecież mało które dziecko jest planowane, a zwłaszcza to właśnie, które płodzone jest w sytuacjach patologicznych albo w rodzinie o słabych genach.
    Ciężki to temat i nie ma dobrej odpowiedzi, ale jestem kategoryczną przeciwniczką obecnych rozwiązań w naszym kraju. Tak podsumowując.

    OdpowiedzUsuń
  2. "Ja np chcę mieć prawo do eutanazji, jeśli podpiszę specjalny papierek przedtem, albo jeśli mruganiem dam taki znak. I do usunięcia ciąży, jeśli zagraża mojemu życiu albo ktoś mi tę ciążę zafundował siłą." - ja też.

    "o zauważ, że np w przypadku zespołu Downa też poniekąd wybieramy między życiem dziecka, a matki - czy mamy prawo dekretem prawnym odbierac jej wszystkie pozostałe lata?" - ba! zawsze wybieramy między życiem dziecka, a matki. W końcu ciąża i dziecko zmienia "jakość" życia - bez względu na to, czy dziecko jest zdrowe czy chore. Czy mamy prawo skazywać kobietę na rozstępy i utratę figury? Na obowiązek opiekowania się kimś do pełnoletności a nawet dłużej? Czy mamy prawo skazywać na ten obowiązek ojca? Dla takiego argumentowania należałoby przyjąć założenie, że życie rodzica jest życiem gorszym jakościowo od życia nierodzica, a życie rodzica dziecka niepełnosprawnego - jeszcze gorszym. Tyle, ze za każdym razem jest to nadal kwestia subiektywna. Znani mi rodzice niepełnosprawnych dzieci nie zgodzą się z taka tezą. Znałam też co najmniej jedną wychowankę domu dziecka,która na argument "lepiej nie żyć niż być w domu dziecka" odparłaby "A chuj ci do tego, tylko ja mam prawo oceniać swoje życie" - przy czym jej postawa nie wynika z religii a z przekonania, że tylko ona ma pełne prawo do własnego istnienia.
    Znałam też - i Ty także - 16 letniego chłopca,który był zdrowy, żył w dostatku,na pozór wszystko było ok, a jednak uznał swoje życie za nie do zniesienia i je sobie odebrał. To było jego prawo,ale czy ktoś inny miałby prawo podjąć tę decyzję za niego? Powiedzieć mu "Twoje życie to udręka,lepiej dla Ciebie jest nie żyć wcale" i siłą włożyć mu głowę pod pędzący pociąg?

    Wszystko to jest oczywiście trudne. Dlatego byłoby moim życzeniem, żeby na temat tych kwestii myśleć - jak Ty i ja - a nie uznawać pewne postulaty za prawdy,których nie trzeba już udowadniać.

    OdpowiedzUsuń