6 maj 2015

O rozstaniu z samym sobą


Tak się ułożyło, że z powodu przechodzonego zapalenia zatok przez ostatnie dni byłam w stanie jedynie leżeć i oddychać. Przy czym oddychanie było dla mnie wyzwaniem niczym trening z Ewą Chodakowską - prawie niemożliwe do zrealizowania. 

Nagle więc wokół mnie zrobiło się spokojnie i cicho. Mąż zajął się domem i dziećmi. Dzieci zajęły się sobą. Kot spał jak zwykle. A ja zostałam sama z krwawiącym nosem i myślami. A myśli poprowadziły mnie w kierunku, w którym wcale - jak mi się zdawało - nie zamierzałam wyruszać.

Dotarło do mnie bowiem, jak dziwnie się czuję bez tych wszystkich codziennych czynności, które zaprzątają mi głowę. Bez możliwości wejścia w głębszą interakcję z bliskimi ludźmi. Bez możliwości zajęcia myśli książką lub filmem. Bez możliwości zajęcia rąk pracą. Co mi zostało, gdy nagle nie mogłam wykonać żadnej z rzeczy, które przez całe życie robię? Otóż - przezroczystość. 

Poczułam się nagle bardzo przezroczysta. Nie pusta, bo to by zakładało istnienie pustki w czymś, co jest mną. Ja tymczasem poczułam, że to, co jest mną -  to nijak nie umie nabrać sensu samo z siebie. To coś, co nazywam mną, to jest dopiero jakaś przestrzeń do zagospodarowania. Jakaś możliwość. Nic tak naprawdę pewnego. A już na pewno nie stałego. 

Przez moment bardzo mnie to przygnębiło. Po co się żyje, skoro się nie jest „czymś”, co by samo z siebie mogło swoje istnienie uzasadnić? Po chodzić po ziemi, gdy się nie jest w stanie odcisnąć na jej powierzchni trwałego śladu? Bo przecież nawet o największych pamięć w końcu przygasa. Tym bardziej zaś o mnie. Takiej przezroczystej. 

I wtedy przyszło do mnie Słowo. Ono do mnie przychodzi w konkretnym kontekście, ale wiem, że tak samo przychodzi i w innych religiach, innych kulturach. I mówi zawsze to samo: „Kto zbytnio ceni swe życie, ten je straci. Kto nie ceni swego życia na tym świecie, ten zachowa je dla wieczności.” (Jana 12, 25). Uderzyło mnie nagle z całą mocą  -  czy skoro jestem tylko przestrzenią, możliwością, jest sens przywiązywać się do samej siebie tak bardzo? Martwić się, czym w zasadzie jestem i co po mnie zostanie? Czy ma to jakiekolwiek znaczenie? Przecież nie ma. 

A dalej już wiedziałam - jedyne, co ma znaczenie, to sposób, w jaki tę przestrzeń - mnie - wykorzystam. Czym ją zapełnię i co z niej przekażę innym ludziom. Bo człowiek w pełni realizuje się dopiero w relacji. Gdy stara się tylko sam o siebie - nalewa wszakże z pustego w próżne. Ale w relacji z drugim człowiekiem tworzy to, co jako jedyne ma sens na tym świecie. Miłość. Tylko miłość, ta miłość, która się rodzi, gdy dajemy raczej niż bierzemy, tylko ona prawdziwie nas napełnia, a jednocześnie uwalnia od nadmiernej troski o swój ciężar gatunkowy, o swoje znaczenie. 

Miłość w rozumieniu chrześcijańskim nie jest uczuciem, lecz postawą. To  agape”, a nie „eros”. W tym sensie miłość jest czymś prostszym i łatwiejszym do osiągnięcia, niż nam się wydaje. Akt miłości to akt uwagi skierowanej na drugiego człowieka. To uszanowanie go i - o ile to możliwe - wsparcie. To każdy najmniejszy gest dobroci. 

Jakiś czas temu przeczytałam w książce relację weterana wojennego, który przeżył doświadczenie śmierci klinicznej i w jego trakcie „dowiedział się”, które z jego uczynków były uczynkami dobrymi, a które złymi. A dowiedział się między innymi o tym, co dobrze zrobił  - raz w trakcie wojny towarzyszył dwóm umierającym żołnierzom, Anglikowi i Niemcowi, którzy chwilę wcześniej strzelali do siebie. Anglik poprosił go o papierosa, a on tę prośbę spełnił. Odpalił Anglikowi papierosa, a ten zaraz poprosił o drugiego - dla umierającego Niemca. Odpalił więc papierosa i dla Niemca, ale ze świadomością, że robi to tylko na prośbę Anglika - sam wolałby raczej Niemcowi poderżnąć gardło.

Taki to był dobry uczynek - mierzony nie emocją czyniącego, ale tego, który z czynu skorzystał. Tak w każdym razie odczytuję tę opowieść. 

I myślę sobie - bez względu na to, czy ktoś wierzy w Boga, czy w opowiadania ludzi, którzy doświadczyli śmierci klinicznej, czy w nic z tych rzeczy – to po prostu jest prawda. Aktem miłości może być każdy najmniejszy gest, który wykonujemy raczej ze względu na kogoś, niż na siebie samego. Nawet, jeśli nam to daje poczucie spełnienia – niechaj to będzie bonus, pozytywny skutek uboczny, a nie cel sam w sobie. 

I nie ma co się martwić, że się nie wynalazło ważnego lekarstwa i nie założyło żadnej fundacji. Liczy się nawet drobny gest. Paradoksalnie, zamartwianie się tym, że się „robi wciąż za mało”, też jest nadmiernym przywiązaniem do samego siebie. Nie na darmo jest powiedziane „Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa (Mateusza 6, 1-6). Bo to naprawdę nie chodzi o mnie, kiedy daję, i o to, jaki „wynik osiągnę” - chodzi tylko o dobro tego obdarowanego. 

Gdy się przestaję skupiać na sobie samej, na swoich „wynikach” i  „osiągnięciach”, wtedy dopiero doświadczam prawdziwej wolności. I nieważne jest wtedy, czy ktoś kiedyś zrobi coś dla mnie, czy „odda mi”, czy zostanę doceniona – to wszystko traci znaczenie. Liczy się tylko ten drugi człowiek. Liczy się tylko akt miłości. Nie być nadmiernie przywiązanym do siebie, rozstać się z samym sobą – to jest dopiero uwolnienie i otwarcie się na radość płynącą z bycia tu, teraz i dla innych, nie tylko dla siebie. 

A jak się z samym sobą rozstać? To jest zadanie trudne i na całe życie. Ale jestem przekonana, że warto. I w tę właśnie podróż mam zamiar wyruszyć. 



15 komentarzy:

  1. Nic dodać, nic ująć, Kochana:))

    OdpowiedzUsuń
  2. ogromnie Cię podziwiam
    to, co piszesz, jest takie ważne i niełatwe ...

    (tytuł skojarzył mi się natychmiast z wpisem Katachrezy - http://dziennikfrazeologiczny.blogspot.com/2015/05/porzucenie-siebie-jako-narodziny.html, choć piszecie o zupełnie innych rzeczach )

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @J: Kochana jesteś :)

      I tak, to nie jest ani trochę łatwe. Myślę, że dla człowieka ten stan jest osiągalny niejako punktowo, w pojedynczych aktach, a nie jako ciągły stan umysłu. Mimo to chcę się ćwiczyć w takim rozstawaniu się z samą sobą, żebym choć drobne akty dobroci była w stanie realizować częściej niż rzadziej.

      Przeczytałam tekst Katachrezy. Ciężko mi się odnieść, bo jest tak gęsto utkany z emocji, a ja potrzebuję sobie sprawy analizować, rozkładać, żeby zrozumieć.

      Myślę jednak, że ona ma rację - poświęcenie prowadzi do udręczenia. Tylko że poświęcenie, moim zdaniem, nie jest tożsame wcale z nieprzywiązywaniem zbytniej wagi do siebie. Kiedy się poświęcam, to składam siebie samą w ofierze. Nadal w centrum jestem ja. I ta ofiara się domaga podziękowania i odwzajemnienia. Znam ten stan, bo się do niego wielokrotnie doprowadzałam - ta wściekłość i frustracja, że "ja tyle robię", "ja się poświęcam", "ja się wyrzekam", a z drugiej strony zero wdzięczności. Na szczęście mam bardzo mądrego męża, który mnie w tych zapędach stopował i mówił - ale po co? po co to poświęcenie? czy ktoś tego naprawdę oczekuje? potrzebuje?

      Otóż okazało się, że nie. W moim przypadku było akurat tak, że ja się chciałam poświęcać po to, żeby nie doceniono i żebym ja się czuła ważna. Poświęcenie było z mojej strony formą nadmiernego przywiązania do samej siebie.

      Nie mówię, że tak jest w każdym przypadku, tym bardziej u Katachrezy - nie znam sytuacji i mam świadomość, że ludzkie losy dziwnie się układają i czasem strasznie. I nie każdy ma szczęście do naprawdę wspierających bliźnich. Ja, dzięki Bogu, takich mam. Bez nich tkwiłabym pewnie nadal w przeświadczeniu, że poświecenie siebie to wartość nad wartości.

      Tymczasem jednak mnie chodzi o inny stan ducha. O ten stan, w którym ja sama staję się przezroczysta dla siebie. Niczego nie muszę poświęcać, bo i nie ma czego poświęcać. Akt dawania jest skierowany tylko na tego, kto ma otrzymać.

      Przy czym takie rozstanie z samym sobą naprawdę dobrze robi. Gdy człowiek wchodzi do biura i widzi skwaszoną koleżankę, zamiast dręczyć się, że "ona mnie na pewno nie lubi" można pomyśleć, że "może miała zły dzień"? Można też usiąść, zapytać, wesprzeć jakimś prostym słowem - i już dzieje się mały akt dobroci.

      Może być też tak, że koleżanka naprawdę mnie nie lubi, ale jeśli nie skupiam się na samej sobie za bardzo, to fakt, że mnie ktoś nie lubi, już mi nie spędza snu z powiek - wszakże nie jestem centrum świata i nie każdy musi mnie lubić ;)

      Albo też mogę spokojnie wyjść do kina bez wyrzutów sumienia, że "stanę się złą matką", bo nie chodzi mi o to, żebym JA była dobrą matką, tylko żeby dzieci były szczęśliwe - a jak sobie czasem do kina wyjdę, to nic im nie ubędzie.

      Albo czasem zostanę w domu dla dzieci, bo chore i źle się czują, zrezygnuję z tego kina, ale nie będę na nie zła o to, bo nie oczekuję, że mi powiedzą "jesteś dobrą matką", tylko po prostu - robię to dla nich.

      To wszystko są takie myśli oparte na moich własnych doświadczeniach. Paradoksalnie, zobacz, gdy sama się ze sobą rozstaję choć na chwilę, to sobie robię ogromną przysługę w ten sposób. Jakbym się oderwała od ziemi :)

      W idealnym świecie wszyscy bylibyśmy zdolni do takiego rozstania się ze sobą, ale to nie jest idealny świat. Więc trzeba z mozołem, po kawałku. Ja w każdym razie bardzo chcę z mozołem, po kawałku, dążyć do tego.

      Usuń
    2. i, widzisz, ja w tym, co tu napisałaś, absolutnie sie zgadzam z Tobą. W tak kompletnie każdym szczególe, że w zasadzie to se moge pomilczeć :*

      i podziękować za to, że jesteś i mogłam Cię spotkać na swej drodze :)

      Usuń
    3. @J: I ja jestem bardzo wdzięczna za to nasze spotkanie :)

      I chciałabym kiedyś sobie z Tobą pomilczeć "w realu" :) I wierzę, że się uda kiedyś!

      Usuń
  3. Dziękuję za ten tekst, bo podnosi na duchu. Z drugiej strony, jest to niełatwe bardzo. Podać papierosa- tak, uśmiechnąć się - tak. Ale czasem trudno, po prostu trudno ze sobą być. Tym badziej ten tekst jest potrzebny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Mader: To prawda, czasem nawet proste rzeczy są trudne. Dlatego wiem, że to praca na całe życie. I że ostatecznie wszyscy jesteśmy tylko ludźmi. I aż ludźmi :)

      Usuń
  4. Oj, jak ja lubię Cię czytać! Bierzesz człowieka "za fraki", wyciągasz na moment z kieratu, wywracasz "do góry nogami" całą nagromadzoną małostkowość i nagle... wszystko się układa i wskakuje na swoje miejsca we WŁAŚCIWEJ kolejności, jak w kostce Rubika :D
    To strasznie odświeżające!
    DZIĘKI!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Pies w Swetrze: To ja Ci bardzo dziękuję za te słowa! Cieszę się bardzo, że to moje pisanie może Ci się przydać. Po to piszę, żeby się to komuś przydało :)

      Usuń
  5. Cyt:”Po co się żyje, skoro się nie jest „czymś”, co by samo z siebie mogło swoje istnienie uzasadnić? Po chodzić po ziemi, gdy się nie jest w stanie odcisnąć na jej powierzchni trwałego śladu? Bo przecież nawet o największych pamięć w końcu przygasa. Tym bardziej zaś o mnie. Takiej przezroczystej.”
    Bardzo ciekawy Twój tekst. Często o tym co piszesz myślałam i myśle. I moje przemyślenia i doświadczenia doprowadziły mnie do innej konkluzji. Przy zgodzie z Twoimi przemyśleniami o miłości i ofiarowaniu w relacji z drugim człowiekiem uważam, że dojrzewanie, dorastanie do poznania siebie, jakim jestem czlowiekiem, co mnie okresla, polega na tym, że nasz pusty kielich wypełnia się treścią. Musimy nabrac tresci własnej, bo inaczej w relacji jestesmy tylko lustrem odbijajacym drugiego człowieka. W relacji z drugim musimy miec coś do ofiarowania, to własnie czym wypelnilismy siebie. W mlodzienczym postrzeganiu milosci sadzilam, ze patrzenie na siebie i w tym samym kierunku wystarczy. Jednak kiedy relacja przygasała, potem pozostałam sama ze sobą traciłam przyczepnosc, nie umialam byc sobą, poszukiwalam odbicia. Gwaltownie potrzebowalam robic cos z kims, nie byc sama ze sobą.
    Dzis wiem, ze to co nazywam przedwojennym sznytem pracy nad sobą, mialo kiedys na celu wlasnie stanie sie ‘pełnym’, bo tylko wtedy moge dawac i przyjmowac w relacji z drugim czlowiekiem. Zeby relacja byla pełna obie strony powinny dawac z wnetrza siebie. Nie bedac przezroczysta, bedac swiadoma swojej tresci, swojej mocy i sily lub braków, moge okreslac dziecku priorytety, uczyc ksztaltowac swoj charakter, bo umiem powiedziec jak to robic, jaki jest cel.
    Moja sciezka więc jest taka: Nie rezygnujcie z pracy nad wypełnianiem trescia swojego wnętrza. Ta tresc nie powinna byc mierzona wynalezieniem leku na raka, fundacją czy lotem w kosmos, bo wtedy raczej pycha przez nas przemawia niz dojrzałosc. Zadawajcie sobie pytania i szukajcie na nie odpowiedzi. Jestem wciaz na tej drodze i nie jest to ani troche tak łatwe i mile jak mógłby wskazywac mój komentarz. Warto jednak.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Anonimowa: Piękny i mądry jest ten komentarz. Żałuję, że nie wiem, komu go zawdzięczam :)

      Moje poczucie przezroczystości, tak jak pisałam, nie do końca jest tożsame z poczuciem pustki. Nie o to chodzi, że się nie ma z czego dać, bardziej o to, że się samemu - w istocie, w czysto ontologicznym sensie - nie istnieje naprawdę, dopóki się nie zaistnieje w relacji właśnie.

      Co do samego dawania w tej relacji - masz rację, tak. Żeby dawać, trzeba mieć z czego. To chyba stąd się biorą te smutne historie rodzinne, gdy ludzie od siebie nawzajem potrzebują miłości, ale nie mogą jej dać, bo nikt im jej wcześniej nie dał.
      Nie da się nalać z pustego naczynia. Tak po ludzku się nie da, bo "u Boga wszystko możliwe" :) Wierzę, że właśnie taką pracą, o jakiej piszesz, pracą nad sobą, można wypełnić swoje "naczynie" nawet wtedy, jeśli wcześniej niewiele w nie wlano.

      Nikt z nas wszakże nie wchodzi w życie z naczyniem całkowicie pustym, bo od urodzenia ktoś nam coś daje - rodzina, bliscy, przyjaciele. I zadaniem dorosłego człowieka jest, tak jak piszesz, praca nad sobą, aby na tej bazie budować coś dobrego. Żeby mieć z czego dawać właśnie.

      To, co napisałaś, to jest dokładnie to, czego mi w tym wpisie zabrakło :) Dziękuję :)

      Usuń
  6. Wspaniały tekst. Jeszcze lepsze pewnie jest to, z czego wyrósł. Na miejscu Pana B. nieba bym Ci przychyliła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Sobótka: Tekst wyrósł z zapalenia zatok. No więc nie wiem ;)

      A serio. Dziękuję Ci bardzo za te słowa, bo wiele dla mnie znaczą :)

      (Co do Pana B., jestem wszakże heretykiem, więc losy moje są wciąż niepewne - ale bardzo bym chciała, żeby mnie przyjął do siebie, toteż staram się :) )

      Usuń
    2. Przyjmuję, że zapalenie zatok było jedynie pretekstem, a nie powodem ;-)

      Usuń