13 wrz 2013

Poranne awantury filozoficzne


Odbyłam dziś z rana interesującą konwersację. No dobrze, to akurat nie jest prawda. Odbyłam nieprzyjemną awanturę z epitetami, po której się zwyczajnie poryczałam w firmowej łazience. No ale, zdarza się i tak. Interesujące natomiast w tej awanturze było poruszone zagadnienie dobra i zła.

Bo otóż. Mój Współrozmówca nie zgodził się ze mną w zasadniczej kwestii, mianowicie takiej, że coś może być dobre lub złe. Jego zdaniem nic nie jest dobre lub złe i nazwanie jakiegokolwiek czynu dobrym lub złym jest równoznaczne z wydawanie ocen w stosunku do osób czyn ten popełniających. Oczywiście za przykład posłużył nam tradycyjnie kazus zabicia kogoś w obronie koniecznej.

Otóż zdaniem Współrozmówcy zabicie człowieka nie jest czynem złym samym w sobie, zależy bowiem od okoliczności. Jeśli zabijam kogoś w obronie własnej, to wtedy zabicie człowieka nie jest czynem złym. Moim zdaniem zaś zabicie człowieka jest czynem złym zawsze - bo w skutek zabicia zawsze ginie człowiek. Nawet jeśli zabijam w obronie koniecznej, to nadal zabicie człowieka jest złym czynem. Tyle tylko, że w tej sytuacji - usprawiedliwionym. I to, że ktoś zabił w obronie koniecznej, nie czyni z niego automatycznie człowieka złego. Można nazwać czyn złym, nie potępiając przy tym człowieka, który go dokonał. Można odróżniać „problem od człowieka”, jak to się ładnie w różnych poradnikach nazywa.

Dla mojego Współrozmówcy takie podejście jest niemożliwe. Jego zdaniem, jeśli nazywam jakiś czyn złym, tym samym nazywam złym człowieka, który tego czynu dokonał. Nie można tych dwóch spraw oddzielić. Koniec i kropka.

Ja tę sprawę widzę zupełnie inaczej. Uważam, że można i trzeba nazywać po imieniu zło, które polega na wyrządzeniu krzywdy drugiemu człowiekowi (lub samemu sobie). Ale to, że się to robi, nie oznacza wcale potępienia. Na tym zresztą polega wybaczanie - nie na tym, że uznaję, iż ktoś, kto uczynił mi krzywdę, tak naprawdę jej nie uczynił, tylko na tym, że wiem, iż uczynił mi krzywdę, ale mimo to wybaczam mu, widzę w nim człowieka takiego jak ja, nie potępiam i nie życzę mu źle. Bo wiem, że ja sama też jestem zdolna do czynienia zła. Bo wiem, że krzywdzę innych ludzi, nawet, gdy nie chcę. I dlatego też wiem, że czasem krzywdzimy się nieumyślnie, że ranimy się, bo inaczej nie umiemy. Co nie znaczy, że wszyscy jesteśmy złymi ludźmi.

Mimo to nie możemy nie mówić o tym, co jest dobre i złe. Nawet, jeśli mogę zobaczyć zrozpaczonego człowieka w matce, która swoje nowonarodzone dziecko dusi i wyrzuca do śmietnika - po prostu nie wolno mi powiedzieć, że zabicie dziecka jest dobre lub złe, w zależności od okoliczności. Nie mogę powiedzieć, że gdy to hipotetyczne dziecko zostało uduszone - to nic się nie stało, bo przecież matka nie była złym człowiekiem.

Ach, gdyby złe czyny popełniali tylko źli ludzie, życie byłoby takie proste! Problem polega na tym, że ja nie wierzę w dobrych i złych ludzi. Wierzę tylko w to, że człowiek jest istotą obdarzoną wolną wolą i korzysta z niej raz dobrze, raz źle - w zależności od różnych czynników, które na niego wpływają. Wierzę, że tak jak każdy z nas jest podatny na upadek, tak i jest zdolny to podniesienia się i przerośnięcia samego siebie. Wierzę, że jest to możliwe z Bożą pomocą, ale wiem też, że są i tacy, którzy robią to w Bożą pomoc nie wierząc - i chwała im za to. I wśród wszystkich ludzi ja sama niczym się nie różnię. Tak samo dokonuję złych i dobrych wyborów, złych i dobrych uczynków. I tylko mam nadzieję, że jestem jeszcze w stanie odróżnić jedne od drugich. Żeby umieć przeprosić. Żeby umieć naprawić.

To wszystko chciałabym móc powiedzieć mojemu Współrozmówcy, gdyby tylko zechciał mnie wysłuchać. I przeprosić go raz jeszcze za nadmiar emocji, bo moje przeprosiny wypowiedziane w trakcie rozmowy w tym nadmiarze chyba utonęły i nie zostały usłyszane. Tylko do tego musielibyśmy obydwoje zobaczyć w sobie ludzi. Nie złych, i nie dobrych - po prostu ludzi.

17 komentarzy:

  1. Mam wrażenie, że Twój rozmówca zatrzymał się gdzieś na etapie sofistycznych zabaw słownych.
    Mam też wrażenie, że w jego argumentacji brak jest logiki.
    Zresztą nawet sądy oceniają czyn, a nie człowieka, więc jakby mam wrażenie, społeczeństwo poradziło już sobie z rozdzieleniem "problemu od człowieka", natomiast Twój rozmówca, najwyraźniej jeszcze nie.

    Smutne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @J: A dla mnie smutne jest to, że mój Rozmówca tak naprawdę nie dał mi w ogóle mojego spojrzenia na sprawę wytłumaczyć. Bo może gdybyśmy rozmawiali w miarę spokojnie, to byśmy doszli do jakiegoś konsensusu. Mogłoby się okazać, że jednak bliżej nam niż dalej do siebie w tym "sporze". Tyle tylko, że to nie była spokojna rozmowa. Po prawdzie nawet rozmową trudno by to było nazwać :(

      Usuń
  2. No właśnie, pewnie z tej rozmowie za dużo było emocji, stąd brak porozumienia. Są czyny dobre i złe, są też i takie, których ocena nie jest jednoznaczna. Tak myślę...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Brommba: Myślę, że jakby się zagłębić w temat, to pewnie do takich wniosków można by dojść. Nie sądzę zresztą, żeby każdy czyn musiał od razu otrzymywać kwalifikację moralną. Zjedzenie szprotki np. jest raczej neutralne ;) Ja miałam na myśli takie sytuacje, takie czyny, które naruszają życie, zdrowie, godność drugiego człowieka.

      Usuń
    2. Chociaż, jak się nad tym dłużej zastanowić... Np. złamanie komuś żebra podczas resuscytacji jest jednocześnie naruszeniem zdrowia przy ratowaniu życia ;) Tak, jakby się wgłębić w temat, to na pewno znalazłoby się wiele przykładów czynów niejednoznacznych.

      Natomiast, no co będę kryć. Ta rozmowa nie była taka czysto teoretyczna. I nie chodziło o to, czy istnieją czyny niejednoznaczne, tylko o to, czy w ogóle można użyć określenia "zły czyn". W odniesieniu do jednego konkretnego czynu.

      No szkoda, szkoda że ta rozmowa się potoczyła w krzywym kierunku.

      Usuń
    3. No właśnie, tak myślałam, że na pewno rozmawialiście o konkretach. Pewnie, ze można użyć takiego określenia. Czasem szuka się po prostu szarości, tam gdzie powinno się widzieć czarne i białe. Też miewam takie tendencje. Niestety. Każdy z nas chciałby być dobrym człowiekiem, więc głupio by było, gdyby przyznał się wprost do złych czynów...

      Usuń
    4. @Brommba: No to prawda. I ja tak miewam, nie da się ukryć.

      Usuń
    5. Ta tendencja [że człowiek zrobi wszystko, by sam o sobie źle nie myśleć] nawet się jakoś mądrze psychologicznie nazywa - uczyli nas o tym na studiach, na psychologii rozwojowej. Ale nie pamiętam już, jak :)

      Usuń
  3. Trudny temat i dlatego wywołuje silne emocje.
    Z jednej strony: życie nie jest czarno-białe, a zatem należy wziąć pod uwagę motywację i kontekst danej sprawy.
    Ale z drugiej - funkcjonowanie w społeczeństwie wymaga, aby jedne czyny nazwać "złymi", a drugie "dobrymi". Tak powstaje prawi jako umowa społeczna, które zakłada, że za zło jest przewidziana kara, a za dobro nagroda [ewentualnie :)].

    W codziennym życiu jak najbardziej zgadzam się z Tobą, że ktoś, kto postępuje źle, niekoniecznie musi być złym człowiekiem. I to działa, jeśli nie mam do czynienia z ekstremum. Bo jeśli ktoś dopuści się czyny naprawdę bestialskiego - i to w dodatku np. wielokrotnie - to chyba tylko święty mógłby nie uważać go za złego człowieka. A ja święta na pewno nie jestem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Łoo matko i córko, aż dwie literówki... :)

      Usuń
    2. @Dragonella: Jak dla mnie, to tylko dwie literówki :) No ale wiem, że Ciebie profesja zobowiązuje ;)

      Ja myślę, że nie tylko funkcjonowanie w społeczeństwie wymaga określania zła i dobra, ale samo bycie człowiekiem. Po to, żeby można było wiedzieć, że się popełniło błąd, przeprosić, naprawić. Albo czegoś się ustrzec w przyszłości.

      Myślę też, że czasami życie stawia nas w tragicznej sytuacji. I wtedy robimy rzeczy, których nie chcielibyśmy robić. I tak trudno jest wybaczyć samemu sobie, lub komuś, że łatwiej jest uznać, że tak naprawdę nic się nie stało. Mówię to z doświadczenia własnego. Ale jednak wybaczenie uwalnia, a udawanie, że nic się nie stało, skazuje na wieczną ucieczkę przed samym sobą.

      Jeśli zaś chodzi o czyny bestialskie - tak, zgadzam się z Tobą. Ja też mam tak, że w przypadku niektórych czynów po prostu nie jestem w stanie widzieć dłużej człowieka...I święta też nie jestem.

      Usuń
  4. Całkowicie się z Tobą zgadzam! Ale nie jestem pewna czy tylko emocje spowodowały że Twój rozmówca nie dał Ci wytłumaczyć Twoich racji- nie znam go, ale niestety coraz częściej spotykam się z ludźmi obmurowanymi w swoich poglądach jak w twierdzy, nie posiadających argumentów, nie chcących podejmować dialogu, wysłuchiwać cudzych racji; ludzi kompletnie nie posiadających zdolności do rozmowy i dyskusji, we właściwym obu tych wyrazów znaczeniu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Natalijka: Nooo, to prawda, ja też takich spotykam. Ale w tym wypadku nawet nie chcę się zagłębiać w motywację Rozmówcy. Bo to taki, wydawało mi się, że znajomy Rozmówca. Ale całkiem jednak nieznany, jak się okazało.

      Usuń
  5. zrozumiałam problem (chyba), rozumiem czego nie rozumie twój rozmówca, ale właściwie czemu płakałaś? sama piszesz o wolnej woli. jego prawo - może nie rozumieć, jeśli tego chce.
    nie płakaj!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Lis: Oj, bo ta rozmowa to mię tak w czułe różne miejsca weszła i bolesne. Nie była czysto teoretyczna, jak się domyślasz. I nie była też spokojna. Ale już spoko, nie płakam :)

      Usuń
  6. Rada na przyszłość: jak jakiegoś współrozmówcę zacznie ponosić, odwróć się tyłem, wypnij dupę i powiedz "pocałuj". bo w którymś momencie rozmawiać sie już po prostu nie da :)

    G.

    OdpowiedzUsuń
  7. @G. Praktyczna rada od Ciebie jest zawsze na wagę złota! :) :) :)

    OdpowiedzUsuń