26 sie 2011

Dziadek Zaleski

Dziadek Zaleski (lub Zalewski) to ojciec mamy mojego dziadka od strony taty. Czyli dziadek mojego dziadka. Czyli mój prapradziadek.

Dziadek Zaleski był to chłop jak dąb, prawie dwa metry wzrostu. Był, o ile mi wiadomo, kowalem. Mieszkał we wsi pod Lublinem, w której był szeroko znany jako komunista i ateista. Za swoje komunistyczne sympatie został w trakcie wojny aresztowany i zesłany do obozu w Majdanku, gdzie zmarł. Ale nie o tym będzie ta historia.

Otóż Dziadek Zaleski, jako się rzekło, był ateistą, znaczy się - do kościoła nie chadzał. Księdza jednak po kolędzie przyjmował, ale w swoim stylu - podejmując go wódką i zakąską. Stary proboszcz przyszedł raz do Dziadka po kolędzie, a zastawszy zaproszenie na jednego, oburzył się i zaczął Dziadkowi ciosać kołki na głowie. Na co Dziadek, krewkiego będąc temperamentu, księdza za kołnierz chwycił i z domu wyrzucił za pomocą kopniaka lub dwóch. Wieś grzmiała.

Parę lat później nastał nowy proboszcz. Gdy zimową porą nowy proboszcz wybrał się po kolędzie, cała wieś ostrzegała go, żeby do Zaleskiego nie szedł, bo Zaleski księży z domu na kopach wyrzuca. Proboszcz postanowił jednak zaryzykować, a gdy zawitał do Dziadka Zaleskiego, zastał zgodnie z tradycją wódkę, zakąskę i zaproszenie na jednego. Proboszcz zaproszenie przyjął. Od słowa do słowa rozpoczęła się rozmowa, w której to proboszcz wyznał Dziadkowi, że nudzi mu się i pszczoły by chociaż chciał hodować. Na co Dziadek odparł, że jest to rzecz do zrobienia, gdyż zna stolarza, który zimową porą nawet za pół ceny księdzu ule zbuduje, a pszczoły Dziadek sam ze swej pasieki dostarczy. Tak to rozpoczęła się pszczelarska znajomość Dziadka Zaleskiego z proboszczem. I choć Dziadek twardo do kościoła nie chodził, spotykali się z proboszczem na rozmówki o tym i owym, zapewne głównie o pszczołach. Ciekawa jestem bardzo, o czym jeszcze rozmawiali. I co z tego na koniec wynikło.

Ten proboszcz wcale nie nazywał się Don Camillo, jakby się kto pytał.

Wnuk Dziadka Zaleskiego, a mój Dziadek, zgodnie z rodzinną tradycją, nogi w kościele od 70 lat nie postawił i nie postawi. Z proboszczem żadnym nigdy nie rozmawia ani wódki nie pije. Rozmawia za to i pije wódkę ze mną, więc cienko bo cienko, ale jakoś tę rodzinną tradycję podtrzymujemy.

8 komentarzy:

  1. :))
    historia mnie urzekła. Puenta również ;))

    OdpowiedzUsuń
  2. @ J: :)
    Caveas mecum? Znaczy czy kawy się napijemy? ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Synafio, napijmy się kawy i walnij mnie mocno, gdyz niedomagam psychicznie. Jednym słowem- obłęd ;)))

    OdpowiedzUsuń
  4. Kawa raz.

    Oraz PLASK! Bez łeb. I z cebrzyka mogę Cię jeszcze ochlapać ku ochłodzie.

    OdpowiedzUsuń
  5. kawa dobra, ale wodą nie chlap.
    Plask wystarczy ;)))) Pytanie na jak długo ;))

    OdpowiedzUsuń
  6. Morał tej historii jest wg mnie taki - z każdym można znaleźć wspólny temat [chociażby o pszczołach], pod warunkiem, że obie strony się szanują i nikt nikogo na siłę na nic nie chce nawracać. Pierwszy proboszcz został wykopany słusznie, bo nie uszanował odmienności Twojego pradziadka. Drugi był mądrzejszy, więc porozumienie było możliwe.
    Pozdrawiam serdecznie.
    Dragonka [też ateistka].

    www.blog-dragonelli.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  7. Fajny blog, wpadniesz:
    http://k-klaudia.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  8. @Dragonella:

    Że można, to prawda, już dawno pisałam o tym, ale powtórzę - ja jestem wychowaną w ateistycznej rodzinie luteranką. Chrzest przyjęłam jako dorosła osoba równocześnie z moją córką (w KE-A), której matka chrzestna jest katoliczką, a ojciec chrzestny - prawosławny, oboje to nasi bliscy przyjaciele. Nikt się jeszcze w tym gronie nie pokaleczył ;)

    pozdrawiam również serdecznie :)


    @Klaudia:
    A dziękuję, nie omieszkam.

    OdpowiedzUsuń