Ostatnio kilka razy Dziobalinda próbowała mi coś wyjaśnić używając sobie tylko właściwych skrótów myślowych. Nie byłam w stanie jej zrozumieć, więc dwa, trzy razy prosiłam o wyjaśnienie, mówiąc, że nie rozumiem. Za którymś razem zirytowana Dziobalinda zaczynała krzyczeć do mnie, jak do osoby głuchej. Na co ja odpowiadałam: Nie musisz krzyczeć, bo ja słyszę, tylko nie rozumiem. Spróbuj powiedzieć mi to innymi słowami. Dopiero za trzecim razem dotarło do mnie, ile razy takiej rady powinnam udzielić sama sobie. Ile razy krzyczę w (bez)nadziei na to, że jeśli będę wystarczająco głośna, to on/ona zrozumie. A powinnam po prostu spróbować innych słów, innego języka. Zastanawiam się, czy doszłabym do tego, gdyby nie Dziobalinda. *** Z frontu: W czasie upału dziecka mają się kiepsko. Dziobalinda jeszcze daje radę, robię jej basen w wannie. Topik zaś ma problemy ze snem, a jak ze snem - to i z życiem jako takim (to po mamusi). Dość szybko z płaczu po polsku (na nutę smętną chopinowską) p...