7 paź 2009

To, co nas spotyka, przychodzi spoza nas

Rozchorowała się Dziobalinda. Ostatni tydzień spędziłyśmy zatem na zacieśnianiu córkowsko-matczynych więzi i na uprawianiu z zapałem dyscypliny zwanej z cudzoziemska dolce far niente. W przerwach, gdy Dziobalndzie zechciało się chwilę przespać, nadrabiałam zaległości czytelnicze, wertując m.in. stare „Zwierciadła”.

I oto nadszedł kres mojego dziesięcioletniego romansu z tym zacnym periodykiem. Nie mogę już bowiem „zmilczeć pewnych osobliwości”, na które albo byłam dotychczas ślepa, albo też może pojawiły się one dopiero niedawno. Faktem jest, że pogwałciły me oczy takie dwa stwierdzenia, które przepełniły czarę rozczarowania i niesmaku. Pierwsze stwierdzenie wyszło od dr Preeti Agrawal, skądinąd cenionej przez mnie ginekolożki, która pokusiła się o tezę, że dzieci, które są chciane, planowane i kochane, nie chorują na autyzm. (Pominę fakt, że przyczyny autyzmu do tej pory nie są znane, tak jak nie są znane sposoby leczenia, a sam autyzm pozostaje jednym z najbardziej tajemniczych zaburzeń zdrowotnych). Drugie stwierdzenie padło jako przytoczony cytat z Joanny Eichelberger, która miała podobno wyrzec słowa skrzydlate, iż żaden mężczyzna nie może decydować o tym, czy kobieta urodzi dziecko, gdyż „to my (kobiety) decydujemy o tym, co ma żyć, a co ma umrzeć”. (Tu też pominę fakt, iż bez mężczyzn póki co w procesie rozmnażania się nie obejdziemy, a większość znanych mi mężczyzn na pewno nie zasługuje na traktowanie jako automat do dystrybucji spermy, nie posiadający prawa głosu w kwestii swoich dzieci). Oba te stwierdzenia wydają mi się być nie tyle nietrafione, co po prostu niebezpieczne, a to dlatego, że w założeniu dają nieuprawnioną iluzję pełnej kontroli nad życiem, jednocześnie obarczając niezasłużoną odpowiedzialnością.

Nigdy w życiu nie odważyłabym się powiedzieć matce chorego dziecka, że to ona spowodowała chorobę brakiem miłości. Nie miałabym tez sumienia twierdzić, że wystarczy kochać dziecko, by nie zachorowało. Tak samo nie wmawiam sobie naiwnie, że to ja decyduję, „co ma się urodzić, a co umrzeć”, bo już doświadczyłam na własnej skórze, że moje decyzje nie mają nic do rzeczy – nie udało mi się urodzić szczęśliwie pierwszego dziecka, mimo iż bardzo chciałam. I pamiętam dokładnie to pytanie „dlaczego ja nie umiem? dlaczego ja nie mogę?” tak jakbym rzeczywiście to ja miała moc decydować. Ale nie miałam, i tak samo tysiące innych kobiet – tych, które nie mogą zajść w ciążę, tych, które mają chore dzieci lub same są chore, tych, które straciły pracę, i wielu innych. Wmawianie im, że „mogą wszystko” (wystarczy tylko kilka warsztatów rozwoju osobowości, n’est-ce pas?) jest kopaniem pod nimi dołków. Bo ta „wszechmoc” to jednocześnie odpowiedzialność ponad ludzką miarę.

Teza, że to my sami kształtujemy swoje życie, jest jak najbardziej słuszna, wymaga jednak doprecyzowania. Jestem przekonana, że nie my decydujemy o tym, co się nam czy innym ludziom przydarza (i nie mamy też prawa podejmować takich decyzji, które godzą w życie i zdrowie innych ludzi). Decydujemy natomiast o tym, co zrobimy z tym, co się nam przydarza. I to jest właśnie świadome kształtowanie siebie.

Choć oczywiście na pewne zdarzenia możemy wpływać sami. Ja właśnie zadecydowałam, że mnie się kolejny numer „Zwierciadła” już nie zdarzy.

19 komentarzy:

  1. To znana sprawa jest.
    ORO /ogólnoświatowy rynek osobliwości/
    wprost pęka w szwach od wujów Dobra Rada i aptekarzy co to na wszystko mają receptę i maść.
    Ja do tego rodzaju zjawisk stosuje sprawdzony sposób z dowcipu.
    Po pierwsze kupuje kozę.
    Po drugie po jakimś czasie odsprzedaje kozę...
    bez zysku... ale z korzyścią.
    Tataarmata

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja tylko chciałbym zadać kontrowersyjne pytanie wpisujące się trochę w nurt dyskusji o aborcji/eutanazji/in vitro. Abstrahując od tego czy kobieta może czy nie może urodzić dziecka zastanawiam się czy nie wysunęłaś nazbyt daleko idących wniosków w przypadku wypowiedzi pani Eichelberger. Wszak ona mówiła o „podjęciu decyzji” co do usunięciu ciąży, a nie co do urodzenia. Urodzić nie zawsze można… i nie zależy to już od chęci, czy miłości do. Natomiast „decyzja” co do usunięcia ciąży jest w „mocy” kobiety. Naturalnie jest to obwarowane różnymi „konsekwencjami” sumienia/wiary/zdrowia/prawa jednakże sama „decyzyjność” jest możliwa całkiem odwrotnie niż w przypadku narodzin. Nie chce tu poruszać już kwestii czysto etycznych/moralnych/wyznaniowych etc. Można przecież zawsze powiedzieć, że to Bóg decyduje o „tych sprawach”. Reasumując wypowiedź p. Eichelberger wydaje mi się nie jest nacechowana sprawami wyżej wspomnianych kwestii… a jedynie samej możliwości podjęcia takiej decyzji… Natomiast już wchodząc w „te sprawy” i w zależności od nich złudnym jest „możliwość” pojęcia takiej „decyzji”….

    OdpowiedzUsuń
  3. Teoria, że autyzm wywołują oziębłe uczuciowo matki jest jedną ze wstydliwych kart psychologii i medycyny, i jest już dawno obalona. Owszem, nie wiadomo do końca, co jest przyczyną autyzmu (najprawdopodobniej są to wady genetyczne), ale wiadomo, że autyzmy nie wywołuje wychowanie (np brak miłości matki).

    Twierdzenie "że dzieci, które są chciane, planowane i kochane, nie chorują na autyzm" jest okrutne, bezmyślne i obrzydliwe. Takie dzieci pewnie nie chorują też na katar ani nie maja pryszczy w wieku młodzieńczym.

    Co do drugiego - no cóż, prawdziwe byłoby tylko wówczas, gdyby na całym świecie wprowadzono karę śmierci, orzekaną jedynie przez sędziów-kobiety. Wówczas śmiało byłoby można powiedzieć, że „to my (kobiety) decydujemy o tym, co ma żyć, a co ma umrzeć”

    OdpowiedzUsuń
  4. Kurde, nikt mi nie wmówi, że mogę decydować absolutnie o wszystkim. Nawet w bardzo prozaicznych kwestiach (i łatwiejszych do rozwiązania niż rodzenie dzieci, czy też nie), trzeba brać pod uwagę istnienie innych ludzi - bliższych nam i dalszych, a czasami zupełnie nieznajomych.

    A nadmiar odpowiedzialności tylko szkodzi - na pewno psychicznie.

    ***

    Moja ulubiona polska bossanova :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Po pierwsze, wnoszę o ustanowienie kary dla wszystkich, którzy publicznie, czy to na wizji, czy na kartach książek i czasopism, czy też na forum plotą głupstwa. Osobom takim należy nakazywać jeść ałun potasowy, a jeśli to nie pomoże ciągać je za język ulicami Warszawy (lub innego miasta).

    Po drugie, p. Eichelberger i jej warsztaty rozwoju osobowości mam głęboko z nosie, bo, jak wyczytałem niedawno, złota myśl głosi: Czekolada jest tańsza od psychoterapii i nie trzeba się umawiać na wizytę. Ponadto jeśli byłbym zainteresowany dokonywaniem magicznych obrządków na mojej psychice, założyłbym na głowę papierową czapkę krytą folią aluminiową i kontaktował si z kosmitami celem śpiewania radosnych i skocznych piosenek.

    Na zakończenie odnoście kwestii decydowania o tym, "co ma się urodzić, a co umrzeć", to na pewno pani, która wyrzekła owe skrzydlate słowa posiadała już tę umiejętność. Nuży tak i głupstwa milowe opowiada, że nawet kabaczki i bakłażany umierają. W tym sensie może decydować o śmierci (plotąc dalej trzy po trzy) lub życiu - zamykając raz na zawsze swoją paszczękę.

    OdpowiedzUsuń
  6. Caviardage -> zdanie brzmiało dokładnie tak, jak je przytoczyłam „my decydujemy o tym, co ma się urodzić, a co ma umrzeć”. Tylko wtedy ma to sens, jeśli zakładamy, że kobieta jest dysponentką życia – ona je daje i ona je zabiera. A jednak, jak sam zauważyłeś, nie my - ani kobiety, ani mężczyźni - decydujemy o tym, co ma się urodzić. Czemu więc my mamy decydować o tym, co ma umrzeć? I czy nie jest to zbyt duża odpowiedzialność? Moim zdaniem tak.

    Irena -> zdanie byłoby prawdziwe tylko wówczas, gdyby:
    1. Kobieta była w stanie samodzielnie doprowadzić do zapłodnienia (bez udziału mężczyzny)
    2. Kobieta mogła zawsze urodzić tylko na mocy własnej decyzji (nie byłoby poronień, przedwczesnych porodów etc)
    3. Kobieta byłaby w stanie zapobiec śmierci dziecka, innej kobiety lub mężczyzny
    4. Kobieta decydowałaby o wszelkiej śmierci, nie tylko w sądzie.
    Salomea -> Zgadzam się w pełni i to mnie właśnie tak irytuje - im więcej w naszej mocy, tym większa jest nasza odpowiedzialność. Wmawianie nam, że możemy więcej niż możemy, to też obarczanie nas odpowiedzialnością, której wcale nie powinniśmy ponosić. A taka nadmierna odpowiedzialność to pierwszy krok do depresji.

    Sykofanta -> też stawiam na czekoladę. Kabaczki w czekoladzie najlepiej, jako apoteozę radości życia i beztroski :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Przepraszam, ze moze nie do konca na temat, ale tyle sie ostatnio mowi na temat macierzynstwa, ze to wcale nie jest takie "naturalne" wszystko i ze kobieta ma prawo nie sprawdzic sie w roli matki, tak jak ma prawo nie sprawdzic sie w jakiejs innej roli. I coraz wiecej kobiet do tego sie przyznaje, co uwazam za dobre, ze nie musza sie wstydzic tego, ze bycie matka nie jest az takie wspaniale. Sa kobiety, ktore z ta rola oswajaja sie przez wiele lat i nie mowie tu o zadnych patologicznych historiach.
    W każdym razie ogladalam w tv osttanio bardzo podniosly reportaz o tym jak to matka porzucila 6 - miesieczna corke u dziadkow i po 11 latach zglosila sie, ze chce z corka nawiazac wiez. Jakos mnie ta hipokryzja reporterska poruszyla, przez swiadomosc, ze gdyby sytuacja analogicznie dotyczyla ojca, ktory porzucil dziecko, ten reoprtaz nigdy by nie powstal.

    OdpowiedzUsuń
  8. Anonimowy, kimkolwiek jesteś, witaj na blogu :)

    To jest też interesujące wielce - na facecie nie pozostawiono by suchej nitki w takiej sytuacji. Jakoś tak jest, ze w kwestii "tacierzyństwa" wymagamy od facetów coraz więcej, nie przyznając im w zamian żadnych praw. Więc ma być przy porodzie, ma się opiekować, troszczyć, wychowywać, przewijać etc, bo w końcu to jego dziecko i on je "robił". Ale poza tym to nie ma prawa o niczym decydować, nie ma prawa się bac, mieć depresji, nie radzić sobie, popełniać błędów, nie ma prawa przezywać rodzicielstwa tak samo jak matka, bo w końcu nie on rodził.

    OdpowiedzUsuń
  9. Synafio! No doprawdy... Czyż nie czytałaś felietonu Bralczyka o "tacierzyństwie"? Ojcostwo, błagam, ojcostwo. To doprawdy znaczy tyle samo, mimo postulatów niektórych, którzy chcieliby, aby znaczyło co innego.

    OdpowiedzUsuń
  10. Sykofanto, masz rację, składam samokrytykę .

    OdpowiedzUsuń
  11. Mnie kolejny numer Zwierciadła się zdarzy, mimo hałaśliwych zgrzytów, nudnawych mielizn, bełkotów ważnych autorytetów i felietonów Macieja Stuhra ponieważ, JEŚLI NIE ZWIERCIADŁO TO CO???

    OdpowiedzUsuń
  12. Kocica - > No właśnie nie wiem, dumam nad tym i dumam. "Świat wędkarza" sobie może zaprenumeruję albo "Magazyn żużlowy".

    OdpowiedzUsuń
  13. Oooo... "Magazyn żużlowy"... - powiedziałam ja, Dahoovka, wyglądająca spod koca.
    Faktem jest, że na naszym rynku coraz mniej gazet, po które sięgałoby się z chęcią i czytało "od deski do deski".

    OdpowiedzUsuń
  14. Dahoovka -> rusz tyłek spod koca i zrób dla nas dobre babskie pismo do czytania, w końcu dziennikarką jesteś, tak? ;)

    OdpowiedzUsuń
  15. Jak Dahoovka zrobi pismo, to po pierwsze będzie w nim pełno sportowców, których nazwisk nie będę potrafiła nawet wymówić, po drugie będzie miało zapewne tytuł "Nie chce mi się" :D

    Nie gniewaj się tylko zacna Dahoovko, bo to żart ;P
    I zdrowiej.

    OdpowiedzUsuń
  16. No więc ja porzuciłam wszelkie miesięczniki na rzecz Wysokich Obcasów. Które tez nie zawsze, ale jednak na ogół jakoś się trzymają.

    Tylko najmarniej raz na miesiąc zapominam kupić gazetę w sobotę. Ale poza tym nie żałuję.

    OdpowiedzUsuń
  17. I jak tam muszę zrobić najwyraźniej ;)

    OdpowiedzUsuń
  18. mam ten sam problem z Zwierciadłem, mam wrażenie, że się w siebie i swoich ekspertów (ciągle i ciągle tych zamych) zapatrzyło.

    Co do lotnego stwierdznia, że to kobieta decyduje "co (!?!?! kto?!?!) ma się urodzić, a co umrzeć" moja druga połowa zapytała teoretycznie...

    "A ja jako ojciec, mam się zamknąć?", a co jeśli ja chcę, jeśli nie chcę aby matka dziecka je wychowywała, chcę by je urodziła i opuściła zamiast zabijać...to co ja mam do powiedzenia?"

    Jakie jest prawo ojca do nienarodzonego dziecka?

    OdpowiedzUsuń
  19. Co_zerka -> No problem jest, najwyraźniej prawa matki zaczynają się w momencie zapłodnienia, a prawa ojca dopiero w momencie urodzenia lub nawet - płacenia (bo i takie znam przypadki). Prawa zaś osoby będącej przedmiotem tych wszystkich decyzji są w ogóle wątpliwe, bo nie wiemy, kiedy już możemy faktycznie mówić o osobie - w sposób naukowy nie zostało póki co stwierdzone, czy i kiedy zachodzi przemiana w życiu płodowym, która z płodu czyni człowieka. Osobiście uważam, ze skoro nie mamy takiej wiedzy, bezpieczniej jest uznać, że człowiekiem jest się od momentu zapłodnienia - tak długo, jak długo nauka nie wskaże momentu "powstania człowieczeństwa w organizmie żywym" czy jakby to nazwać.

    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń