2 lut 2010

To się w głowie nie mieści...

Spędziłam ostatnio 9 godzin rozmawiając z M., z którą łączy mnie bogata i burzliwa przeszłość. Po blisko 15 latach zebrałam się na odwagę, by ją za tę burzliwą część naszej wspólnej przeszłości przeprosić. Przeprosiny zaowocowały spotkaniem, które przeciągnęło się do późnych godzin nocnych. O godz. 2 a.m. ewakuowałam się z jej mieszkania, pierzchając przed dobrze skrywanym gniewem jej męża, który musiał mnie zapewne odsądzić od czci i wiary, zastawszy w swym salonie po powrocie z męskiej imprezy w środku nocy.

Rozmawiałyśmy z M. o tym i owym, w tym o koledze G. Z kolegą G. nasze losy skrzyżowały się krótko w podstawówce, kiedy to trafił do naszej klasy jako postrach okolicy, powtarzający enty raz klasę tzw. „element”. Nie trwało to krótko. Po serii „wyskoków” wyleciał ze szkoły. W ramach tych wyskoków i ja i M. zarobiłyśmy od niego z piąchy. M. mu oddała. Ja uciekłam.

Jakieś 10 lat później G. miał swoje 5 minut. Zastrzelił dwóch braci, a następnie zginął w obławie policyjnej. Przez jakiś tydzień było o nim głośno w całej Polsce. Gdy podano wiadomość o jego śmierci, odetchnęłam z ulgą - bałam się go przez te 10 lat okropnie, a teraz w końcu, nareszcie zniknął.

I w tej rozmowie z M. przypomniałam sobie go, jako tego chłopca, co na mnie krzyczał w szatni. I pomyślałam, że już wtedy, od samego początku chciałam, żeby zniknął. Nie tylko ja. I naszła mnie wątpliwość – a co, jeśli on to wiedział? Jeśli czuł, że wszyscy chcą się go pozbyć? Jeśli to uczucie było w nim od dawna? Jeśli jego agresja była próbą zdobycia sobie jakiegoś ludzkiego uczucia, nawet jeśli tym uczuciem był strach – wszystko, byle nie obojętność?

A co by się stało, gdyby na jego drodze stanął ktoś, kto nie uciekłby i nie oddał, tylko „nastawił drugi policzek” i „przeszedł z nim dwie mile”? Kto miałby siłę i odwagę przyjąć go z jego agresją, kto miałby tyle miłości, by zobaczyć w nim takiego samego człowieka, ba, dziecko wtedy, jak my wszyscy? Ja wtedy nie miałam i teraz też nie mam. Ale teraz już przeczuwam istnienie tego rodzaju miłości do człowieka. Teraz zaczynam rozumieć siłę przebaczenia.

Każdy, kto chce w nas wzbudzić strach, złość, żal, pożądanie, przywiązanie – chce w istocie (nie twierdzę, że świadomie) zdobyć nad nami władzę. Każda z tych emocji jest rodzajem więzienia dla tego, kto ją odczuwa. Jedyną drogą do wolności jest wybaczenie. Wybaczenie uwalnia tego, kto przebacza. „Nadstawienie drugiego policzka” to nie akt upokorzenia, jak sądzą niektórzy, to nie poddanie się przemocy. To w istocie stwierdzenie „ Nie pozwalam, by rządziła mną twoja agresja, nie pozwalam, byś ty dyktował mi, co mam czuć.” Przebaczając uwalniamy się spod wpływu innych ludzi, a tylko będąc wolnymi możemy widzieć wyraźnie i kochać świadomie tych ludzi. I to wcale nie znaczy zgadzać się na wszystko. To znaczy kochać innych tak jak siebie – a zatem kochać siebie przede wszystkim. Nie godzić się na przemoc w żadnej formie, ale też spróbować w tym, kto się do przemocy ucieka, zobaczyć człowieka takiego samego jak ja.

Udaje mi się to bardzo rzadko i przychodzi z ogromnym trudem. Bo to się w głowie nie mieści po prostu.
Może do tego nie trzeba używać głowy…

Mt. 5, 38-48


Michael Belk
Journeys with the Messiah.

4 komentarze:

  1. Tak po pierwsze chciałam Ci powiedzieć, że trafiłaś idealnie. W tej chwili potrzebowałam czegoś takiego. O wybaczaniu i próbie zdobycia władzy - zobaczymy, może mi pomoże, może się uwolnię.
    Dziękuję.

    A po drugie, to muszę się zastanowić.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie napisze niczego konkretnego, ale ... dziekuję Ci za tę notkę. I za obrazek. Bardzo.

    OdpowiedzUsuń
  3. Salomea, Sporothrix -> ja Wam dziękuję za przeczytanie i za odzew :)

    OdpowiedzUsuń
  4. bardzo ciekawe jest to, co napisałaś o tym waszym koledze i jego teoretycznych losach. któż może wiedzieć, jak potoczyłyby się jego losy zaiste...

    choć (pewnie to wpływ takiej czy innej sztuki filmowej) możliwe, że potoczyłyby się tak samo, ale inną drogą.

    o przebaczaniu - bezbłędny tekst. dziękuję.

    OdpowiedzUsuń