15 mar 2010

"Folguj szczątkom swej młodości"

Na fali wspomnień wywołanych krótką wymianą zdań ze Sporothrix, dotyczącą metalowców i ich twórczości płodnej, pozwoliłam sobie zawrócić na chwilę i raz jeszcze popatrzeć na to, co było kiedyś. Kim byłam 10 lat temu, z czego budowałam siebie, co dla mnie było ważne i kto był mi bliski. I przede wszystkim - co z tego zostało dzisiaj?

Na pewno zostały mi wątpliwości. Gdzieś nawet komuś napisałam ostatnio, ze ja nie jestem homo sapiens, a homo dubitans. Wątpliwość jest mi motorem i największą przyjaciółką, zmusza mnie bowiem nieustannie do patrzenia z drugiej strony, do pytania o sens i o przyczynę. Ta wątpliwość znalazła z czasem płodny grunt dla siebie - wiarę. Bo odkąd wierzę, mam tylko więcej wątpliwości, ale też mam poczucie zdążania we właściwym kierunku w końcu. Mam przekonanie, że nareszcie moja wątpliwość się ukorzeniła i może zacząć dawać owoce, zamiast odbijać się bez celu od ścian mojej mniej lub bardziej pustej głowy.

No ale ale - co jeszcze? Przyjaźnie mi zostały i ważne znajomości. Te najwcześniejsze jeszcze z podstawówki. Z A., B.,oraz I. przeszłyśmy już taką drogę, tyle burzy, tyle rewolucji - i cały czas w tych najcięższych momentach mamy siebie. I dajemy sobie wsparcie tak jak umiemy, dzięki czemu to co nas spotyka rośnie w jakieś większe, wspólne dobro. A czasem po prostu wyciągamy się za uszy z jakiegoś szamba - i to się zdarza.
Dalej z okresu liceum jest P., która jest matką chrzestną Dziobalindy. P. potrafi mi na czas podsunąć pod twarz lustro i powiedzieć „Sama zobacz, co wyprawiasz”. No i z nikim się tak dobrze nie słucha Franka Sinatry i nie popija koniaku, jak z P. I z nikim mi się tak dobrze nie włóczy po mieście.
A i z liceum jest też Dahoovka, która w różnych ciężkich momentach mojego życia po prostu była przy mnie - jak prawdziwy przyjaciel. I Luca, która sama nawet nie wiedząc o tym jest dla mnie co jakiś czas inspiracją do zmiany spojrzenia. I jest też A., z którą w liceum nie rozmawiałam prawie wcale, na studiach zaczęłam pogaduszki, a teraz razem pracujemy i jest dla mnie kimś bardzo ważnym ze względu na wyjątkowość i spokój, jaki wokół siebie potrafi roztoczyć.
Jest też A., z którą nam się drogi rozeszły, ale która zajmuje cały czas szczególne miejsce w moim sercu. Która ratowała mnie z różnych opresji, pozwalała mieszkać u siebie i spać na zapleczu, gdy pracowała do późna w jakimś klubie. Z którą przebalowałyśmy wiele i przegadałyśmy jeszcze więcej, i która jest dla mnie już na zawsze jak siostra, nawet jeśli teraz jest daleko. I dla niej pewnie trudne są zmiany, które zaszły we mnie. Ale myślami jestem z nią ciągle.
Jest też M., z którym od 10 lat strzępimy języki po próżnicy, nic innego nie robiąc, ale to strzępienie mnie rozwija na różne sposoby. Pozwala mi rosnąć, choć czasem też mnie wali po głowie niechcący. Ale bez tego ciągłego dialogu nie byłabym tym, kim jestem.
Z Kallipygosem wchodzimy na szczyty porozumienia ponad podziałami. I wiem też, że mogę na niego liczyć, gdy coś się dzieje. W prostych i w tych trudniejszych sprawach. Choć nie byliśmy już wcale młodzi, gdy zaczęliśmy ze sobą rozmawiać naprawdę.
Last but not least Sykofanta, z którym się odnaleźliśmy w angiportum na papierosku pod koniec studiów. Nasz związek z początku pełen uniesień, przyniósł liczne płody literacko - filmowe, następnie ostygł niczym lawa, tworząc niespotykaną i wyjątkową konfigurację. Jesteśmy dokładnie tym wszystkim, czy nie jest druga strona, a jednocześnie jesteśmy w jakimś sensie bliźniętami psychicznymi. No i to właśnie Sykofanta nosił mi melisę o 23.00, gdy dostawałam palpitacji, bo mój wówczas jeszcze in spe Małżonek długo nie wracał z pracy i nie odbierał telefonu („Może mu się co zdarzyło, może go napadli?”). I to Sykofanta pomagał mi odbierać suknię ślubną. I to Sykofanta przeszedł całą ulicę Żelazną w dzikim upale po to, żeby mnie odwiedzić w szpitalu.

Za co im wszystkim jestem i zawsze będę wdzięczna.

A tyle osób, o których dziś nie wiem, gdzie są, a które były kamieniami milowymi w moim życiu. Np. A. ze Świnoujścia. Bardzo chciałabym ją odnaleźć, żeby móc jej podziękować.

Zostały mi także śliczne me oczy, choć figura już nie taka. Zostało mi szczególne uczucie do Teatru Współczesnego, z czasów, gdy chodziłam po trzy razy na jeden spektakl po to, żeby zobaczyć Piotra Adamczyka (do dziś obawiam się, że w końcu mnie zaczął rozpoznawać jako swoją stalkerkę ;)) Zostały książki, do których zawsze będę wracać, i muzyka, która już zawsze będzie ściskać mnie w dołku.
O taka:



No to przyznawać się teraz proszę, co Wam, mili czytacze, zostało z „tamtych lat”? Co się okazało nieulotne, warte zachowania, ważne?

9 komentarzy:

  1. Mnie najbardziej brakuje naszych rozmów po tym, jak Ty nie szłaś na językoznawstwo afrykańskie, a ja na jakąś łacinę (czy coś), a w zamian można było siedzieć pół dnia u "Plastyków", popijać zimną kawę, palić Viceroye i inne tanie papierosy i gadać, gadać, gadać na różne ciekawe tematy.

    Teraz moje tematy się nieco zmieniły, gadać już nie tak bardzo mam z kim, bo Ty nie jesteś mocna w moich tematach, ja jestem coraz słabszy w Twoich, a zastępstwa nijak i znikąd nie da się zorganizować. A do tego jeszcze, coraz mniej czasu i nie da się już tak "intelektualnie" i "filozoficznie" siedzieć cały dzień.

    Jak zawsze okazało się, że jesteśmy pierwsi, ostatni i wyjątkowi. Dlatego jesteśmy na siebie skazani :P Szkoda tylko, że to skazanie jest koszmarem. Bo skazany powinien się swoim skazaniem zajmować, a nie okolicznymi pierdołami i innymi różnymi sprawami.

    OdpowiedzUsuń
  2. Przybyłam, przeczytałam, skomentowałam - wedle życzenia.

    Ja chyba wolę nie myśleć, co zostało, bo wtedy zawsze zbiera mi się na łzy - a i bez tego dużo płaczę.
    Ja myślę, że zostało za mało - po prostu zostało za mało mnie we mnie.
    Nie mogę dłużej myśleć, muszę już iść.

    OdpowiedzUsuń
  3. A ja myślę, że się prawie nie zmieniłam. Że w wieku 16 lat już byłam ukształtowana i jak teraz myślę o tym (a czasem myślę), to kocham to samo, co kochałam wtedy. I przyjaźnie mi zostały, i lektury, i wiele innych rzeczy. Znaczy to albo, żem przedwcześnie dojrzała (co możliwe, bo to był trudny rok), albo żem nadal nie dojrzała (co daj Boże).
    Oraz uwielbiam Cię, Synafio, tak samo jak w dniu, kiedy obie nie poszłyśmy na religię.

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak dobrze coś takiego przeczytać. Dodaje to otuchy, że ludzie w tym wariactwie zwanym życiem o sobie nie zapominają, nawet jeśli zaczynają się coraz bardziej różnić i mieć inne priorytety...
    Nadzieja

    OdpowiedzUsuń
  5. Ojej... zarumieniłam się...

    A co do Adamczyka - nie wątpię, że miał Cię za stalkerkę, zwłaszcza od czasu, jak mu się próbowałaś rzucić na maskę :P

    OdpowiedzUsuń
  6. Sykofanta -> To prawda, jest to skazanie okrutne, bo choć skazani na siebie, to nie możemy nawet tego skazania kontemplować właściwie.

    Salomea -> Ja to myślę, że proces zwany życiem polega na tym, ze mamy coraz mniej "starego ja" i coraz więcej "nowego ja", ale to wciąż jest to samo ja. Nie tracimy samych siebie, a w każdym razie nie jest to sytuacja standardowa.

    Luca -> Ja myślę, że zmieniłam się nie tyle ja, co moje spojrzenie na różne rzeczy, w tym na mnie samą. Ale niewykluczone, że to ma przyczyny w jakichś zmianach głębszych we mnie.

    Anonimowy -> Nie ukrywam, że i dla mnie te przyjaźnie pielęgnowane przez lata są źródłem otuchy :)

    Dahoovka - > Ty wiesz, jak jestem Ci wdzięczna :)
    A Adamczykowi nie próbowałam się rzucić na maskę, tylko oznajmiłam, ze spróbuję ;p No a że on akurat właśnie znalazł się obok i musiał usłyszeć - sam sobie winien! ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. I Ty się dziwisz, że miał Cię za stalkerkę? :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Dahoovka -> Po prawdzie to się nie dziwię wcale ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. i właśnie takich ludzi potrzeba ludzkości. takich, czyli potrafiących się zatrzymać, spojrzeć wstecz i podziękować innym za to, że byli/są.

    takie ludzkie odruchy są podstawą istnienia cywilizacji, tak sobie myślę.

    OdpowiedzUsuń