28 lis 2010

Hard working classes

Pacholęciem będąc uwielbiałam leżeć i godzinami słuchać ulubionych płyt, ba, nawet jednego ulubionego kawałka. Upodobanie do takiego spędzania czasu mi zostało, ale coraz rzadziej znajduję muzykę, której chciałabym w ten sposób słuchać. Słucham zatem głównie tych samych kawałków, które wraz ze mną i tak samo jak ja nie tyle się starzeją, co pięknieją i dojrzewają w czasie, nieprawdaż.
Ale! Od tygodnia mam w domu muzycznego noworodka, którym sen mi z powiek spędza dosłownie. Jest to bowiem muzyka, która tak skutecznie pociąga mi za różne ukryte sznureczki, że autentycznie tęsknię za nią wychodząc do pracy.
„Hard working classes”, moi mili, to jest długooczekiwany nie tylko przez mnie debiutancki album Sorry Boys. Czekałam, czekałam i się doczekałam. Doczekawszy zaś, posłuchałam i tak już słucham tydzień. Z coraz większym zachwytem.
Pierwsze, co mi się w ucho wdarło najmocniej, to oczywiście wokal. Iza Komoszyńska ma taki rodzaj ekspresji w sobie, którego ja już od dawna nigdzie nie spotkałam. Ona w zasadzie nie śpiewa, co żyje w muzyce i umie tego życia niejako udzielić słuchaczowi*. Ale żyje też muzyka sama w sobie - ma moc przenoszenia w alternatywną rzeczywistość, która mi się zawsze w głowie tworzy wtedy, gdy mnie coś naprawdę dotknie w gołą tkankę mego jestestwa. Każda kompozycja jako całość jest oddzielną żywą opowieścią, natomiast po kilku przesłuchaniach zaczynam odkrywać przyjemność z wysłuchiwania z całości poszczególnych elementów, które piękne są same z siebie i piękne tworzą połączenie z pozostałymi - wisienką na torcie są dla mnie pojawiające się nagle wśród gitar partie grane na saksofonie, bo jak wiadomo saksofon mi zawsze zmiękcza to i owo.
Moimi faworytami są chyba na ten moment „No saviour”, „Roe dear at a rodeo” i „Give me back my money” – ten ostatni w wersji studyjnej niejako narodził się dla mnie na nowo. Zaskoczeniem jest natomiast „Ceasar on fire”, bo wersja, którą znałam od wujka jutuba, nie zachwycała mnie jak dotąd, natomiast ostateczne brzmienie tego kawałka na płycie rozłożyło mnie na łopatki. Takoż tekst, że pozwolę sobie zacytować:
I called you my Brutus and I’m Caesar
Birds sing love songs for us
Couple of diamonds so precious we are
Jail in heart burns the bars with desire


Płyta jest moim zdaniem niesamowita. Kto mi na słowo nie wierzy, może sobie uszczknąć próbkę tutaj. A kto chce kupić od razu (co szczerze doradzam), niech szuka płyty wyglądającej tak:



(a to zdjęcie jest w okładce sprytnie ukryte, żeby przypadkiem ktoś nie zobaczył, że takie ładne jest ;))






*Być może dlatego, że sama jest współautorką wszystkich kompozycji na płycie i autorką wszystkich tekstów?

3 komentarze:

  1. Excellent Blog

    Mark de Zabaleta Herrero

    OdpowiedzUsuń
  2. bardzo ładnie napisane :)

    OdpowiedzUsuń
  3. co do ukrytego na okładce zdjęcia... nie chciałem niszczyć okładki, ale zauważyłem, gdzie jest to zdjęcie:)

    OdpowiedzUsuń