24 sty 2011

Spleen zimowy czyli Alone

Długo się zabierałam do tego albumu, bo najwyraźniej cierpiałam na nadmiar luksusu i dobrego humoru. A to nie jest płyta na dobry humor. Przynajmniej dla mnie. Może jak miałam lat naście, to przy dobrym humorze słuchałam takich płyt, ale teraz już nie, teraz wybieram muzykę skrupulatnie do nastroju.

I oto przyszedł ten dzień, że jest „całkiem fajnie, tylko trochę chujowo”, i potrzeba mi muzyki odpowiedniej, takiej, która się nie uśmiecha, która będzie ze mną siedzieć na murku pod sklepem i melancholijnie międlić w zębach słowa o pewnym takim dyskomforcie psychicznym gdzieś między spleenem a wściekłością. I taką muzykę pobieram właśnie od naszej rodzimej kapeli pt. Alone.

Alone płytę nagrali jak dotąd jedną i jest to moim zdaniem kompozycja dość smakowita w swojej kategorii, którą określiłabym mianem „spleen na gitary elektryczne”.

W warstwie muzycznej mamy stare, dobre ciężkie granie przeplatane zacnymi inspiracjami. Pierwsza lampka, która zaświeciła mi się w głowie po odpaleniu utworu „For we are many”, to „Smells like Korn”. Ale już np. sam początek „Hidden dream” przywiódł mi na myśl moją skądinąd ulubioną płytę Paradise Lost „Draconian times” (ale może to tylko ja tak mam?). Są też gdzieniegdzie smaczki nieco egzotyczne. W „In the dark” spodobały mi się delikatne elektroniczne przelotki. W kończącym album, instrumentalnym „Endless path” zaskoczyło mnie coś w rodzaju upiornej pozytywki na początku.

W warstwie tekstowej ja się nie odnajduję, ale to zapewne dlatego, że doszłam już wieku, w którym spleenuję znacznie bardziej przyziemnie, niż wokalista i autor tekstów Łukasz Ociepa (ale ja jestem stara od urodzenia, pamiętajmy).

W ogóle podobają mi się początki u Alone, a ponieważ wiem, ze zespół ma w planach drugi album, liczę na interesujące rozwinięcie. Póki co odsyłam na stronę zespołu tutaj. Płyty zaś szukamy wyglądającej tak:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz