Już mi w ptaka białego wierzch się głowy mieni...
Już od najwcześniejszych lat dziecięctwa podejrzewałam, że jestem „niezwykłym i nie lada piórem opatrzona” , ale że także dwupłatkową zastawką aortalną – na to bym nie wpadła. A było to tak. Zgłosiłam się ochoczo jakiś czas temu by oddać płytki krwi dla chorego bardzo kolegi (nota bene – jak ktoś jest z Wwy i ma na zbyciu płytki krwi, to dawać znać, przydadzą się bardzo!). Jako honorowa krwiodawczyni w stanie chwilowego spoczynku poszłam dumna i blada, i wszystko szło dobrze, dopóki mnie pani lekarka nie zaczęła osłuchiwać. Skończyło się na tym, że wyleciałam na kopach z hukiem i przyganą, że z takim niskim tętnem to se można w bierki grać, a nie płytki oddawać, i że mam iść w te pędy do kardiologa. To poszłam. Na skargę poszłam oczywiście. Pani kardiolog niczym magiczne drzewo z HOMM III uprzejmie oznajmiła, że skargę przyjmie, zażalenia uwzględni, wyrok wyda i wskazówki udostępni, pod warunkiem wszelako, że dostarczę jej cztery magiczne artefakty: morfologię, EKG, echo serca i badan...